Teoria wszystkiego / Zero Theorem

Okrutnie rozczarowujący, nudny i męczący przerost formy nad treścią.  Terry Gilliam, twórca tak udanych filmów jak chociażby "12 małp" tym razem zabiera nas do świata niedalekiej przyszłości, będącego miksturą produkcji rozciągających się od "Matrixa", przez jego "Parnasussa", po "Grinch świąt nie będzie".  Tworzy obraz będący gigantyczną metaforą, jedną, wielką przenośnią, w której wszystko jest umowne, bohaterowie, wydarzenia, miejsca i czas.  Przesadnie kolorowe, podniosłe, bogate i kiczowate.  Wypełnia swój film dziwaczną, barokową formą, zadowalając się kolejnymi szalonymi pomysłami, kolażami postaci, miejsc i zdarzeń.  Za wiele w tym filmie wyobrażeń, odstrzelonych pomysłów, które teoretycznie mają niebezpośrednio mówić o naszym świecie, ale tak daleko odlatują w strefę fantazji, nierealności, że nijak nie są w stanie obchodzić, nijak nie sumują się w składny obraz.  Odrzucają od filmu, który staje się jednym, wielkim, udawanym przedstawieniem.  A skoro wszystko jest tu na pokaz, wszystko jest udawane, to jaki w tym sens?

Akcja "Teorii wszystkiego" dzieje się w bliżej nieokreślonej przyszłości.  W świecie zdającym się być rozwinięciem naszej przyszłości, jeszcze bardziej globalnym, jeszcze ściślej oplątanym przez społeczną sieć.  Głównym bohaterem jest Qohen, zmęczony życiem mężczyzna, który mówi o sobie w liczbie mnogiej.  Mieszka w opuszczonym kościele, który zaadaptował do własnych potrzeb, odgradzając się jak najbardziej od hałaśliwego, przesadnie kolorowego i pędzącego na łeb na szyję świata zewnętrznego.  Qohen zajmuje się przesyłaniem danych, które w praktyce wygląda jak gra komputerowa, polegająca na układaniu kostki z przemieszczającymi się obrazami.  Pracuje dniami i nocami i najbardziej denerwuje go to, że nie może pracować z domu.  Czeka bowiem tam na telefon.  Telefon, który odmieni jego życie, nada mu sens.  Któregoś dnia otrzymuje nowe zadanie, przydzielone mu od samego Zarządcy.  Ma udowodnić teorię zerową, według której nic sumuje się do wszystkiego, innymi słowy mówiącej, że nic na tym świecie nie ma większego sensu.

Nie można odmówić najnowszej produkcji Terry'ego Gilliama bardzo ładnej, pomysłowej, wyróżniającej się formy.  Przedziwne, odrealnione scenografie, plenery na pierwszy rzut oka realizowane w studio, ciekawe połączenia nowoczesnych dekoracji ze starymi budowlami.  Wszystko przerośnięte do granic możliwości ale na swój sposób intrygujące.  Do tego dochodzi bardzo ładna, odrobinę elektroniczna muzyka, chyba najnormalniejszy element tego obrazu.  Obrazu, który teoretycznie przepełniony jest treścią, tematami jakie reżyser stara się poruszać.  Sęk jednak w tym, że po wszystkich jedynie przelatuje, jedynie zaznacza ich obecność, nijak się nad nimi nie zatrzymuje, ani trochę nie pogłębia.  Skacze między myślami, nie domykając żadnej, nie mówiąc w końcu niczego nowego ani istotnego.  Miłość, praca, depresja, sens i bezsens życia.  Przemijanie rzeczywistości, przemijanie uczuć, nienawiść, pustka wynikająca z powtarzalności codzienności, niespełnione marzenia, potrzeba celu w życiu, potrzeba miłości, potrzeba bliskości, schemat życia.  Wszystko to kręci się w kolorowej formie nie wiedzieć gdzie i po co, aż do bezsensownego finału wciągniętego w czarną rozpacz i obowiązkowy zachód słońca.

5/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017