39.FFG / Zbliżenia / Kingsajz / Obywatel
Zbliżenia | psychologiczny, dramat | Polska | 2014
reż. Magdalena Piekorz | scen. Wojciech Kuczok, Magdalena Piekorz
(6/10)
"Zbliżenia" były jednym z trzech filmów w moim prywatnym repertuarze na 39. Festiwalu Filmowym w Gdyni, na który czekałem najbardziej. Pozostałe dwa to "Bogowie" oraz "Obywatel", którego udało mi się obejrzeć jeszcze tego samego wieczoru co "Zbliżenia". Film ten zachęcał osobą reżyserki, bo choć nadal jeszcze nie widziałem jej debiutu ("Pręgi"), jej późniejszą "Senność" uwielbiam. To moim zdaniem jeden z lepszych i ciekawszych polskich obrazów ostatnich lat. Ciekaw więc byłem jaki będzie jej najnowszy projekt. Wielka szkoda, że okazał się sporym rozczarowaniem.
"Zbliżenia" to obraz opowiadający o trudnej relacji między matką a dorosłą już córką. Nawarstwienie pretensji, żalów, jakie między nimi uzbierało się przez lata jest tak ogromne, że ich kontakty zawsze są przepełnione emocjami. Kobiety wielokrotnie wybuchają krzykiem, płaczem, awanturą, nie mogąc się powstrzymać i uspokoić w swoim towarzystwie. Córka nadal jest dzieckiem w oczach matki. Ale i we własnym samopoczuciu sprowadza się do roli małej dziewczynki. Matka jest już w takim wieku, że sama potrzebuje coraz większej opieki, staje się zależna od innych. Kiedyś ona opiekowała się córką, teraz to córka musi doglądać matkę. Jedna zależna od drugiej. Matka teoretycznie nie naciska, nie chce sprawiać kłopotu, ma dobre intencje, ale wywiera na córce psychiczną presję. Kocha ją, zrobi dla niej wiele, ale nie potrafi pozbyć się krytycznego tonu, nie umie do niej dotrzeć. Z drugiej strony córka, choć chce i próbuje, nie umie się odseparować od swojej rodzicielki. Ta ciągle zaprząta jej głowę. Gdy przebywa z matką, chce być gdzieś indziej, gdy nie ma jej przy niej, nie potrafi przestać się o nią martwić. To zapętlona relacja, zepsuta przez życie, przez wiele lat, których nie da się już naprawić, odkręcić.
Ciekawy temat, szkoda tylko, że został poprowadzony w tak przesadnie histeryczny sposób. Rażą tu dialogi, sztuczne, zbyt piśmienne, razi niezbyt naturalne zachowanie bohaterów, chwilami zbyt mocno zagrane, za bardzo teatralne. I choć film Piekorz jest bardzo krótki (trwa ledwo ponad godzinę), przez swoją męczącą formę dłuży się okrutnie, denerwuje zachowaniem bohaterów. Nie dotyka, nie porusza, nie trafia w emocje. Jest udramatyzowany na siłę, szczególnie przez przesadzone, zbyt filmowe zakończenie, które stara się zaszokować widza, pozostawić go w odrętwieniu, ale nie wynika z poprzedzających go zdarzeń, przez co jest mało przekonujące. Rozumiem dokładnie co reżyserka chciała pokazać, o czym chciała opowiedzieć, ale droga jaką obrała niestety do mnie nie trafiła, zupełnie mnie nie przekonała.
Kingsajz | komedia | Polska | 1987
reż. Juliusz Machulski | scen. Juliusz Machulski, Jolanta Hartwig-Sosnowska
(8/10)
Kingsajz dla każdego! Film metafora Polski lat osiemdziesiątych. Niebezpośrednio mówiący o tamtej rzeczywistości, bo tylko w taki sposób, poprzez ukazanie wymyślonego świata krasnoludków, możliwy był krytyczny komentarz dotyczący tamtych czasów. Tak jak "Seksmisja" poprzez science-fiction komentowała ówczesną teraźniejszość, tak i ten film Juliusza Machulskiego musiał się uciec do przenośni, by przemycić myśli niemile widziane przez cenzurę. Kingsajz jako wolność, wielki świat niedostępny dla mieszkańców Szuflandii, krainy zminiaturyzowanych ludzi, krasnoludków. I choć żyją oni w wydawać by się mogło radosnym kolektywie, choć mają pracę, są potrzebni, a niektórzy posiadają nawet własną szufladę, część z nich pragnie mieć możliwość wyboru. Pragną czegoś więcej ponad to co ma im do zaoferowania system. Pragną sami decydować o sobie i o tym co chcą robić w życiu. Pragną być wolni, być w Kingsajzie.
Kopia zaprezentowana na Festiwalu Filmowym w Gdyni została zrekonstruowana cyfrowo. Obraz jest więc wyraźny, pozbawiony brudów, szumów i zanieczyszczeń. Ale nawet gdyby go nie poprawiać, gdyby nie retuszować, spokojnie widać, że "Kingsajz" jest jednym z tych filmów, który wytrzymuje próbę czasu. Bo choć od premiery minęło już prawie trzydzieści lat, nadal bardzo dobrze się go ogląda. To zabawna komedia, z mnóstwem śmiesznych dialogów. Film, który mimo wielkich ograniczeń technicznych, jakie czyhały wtedy na ekipę, przedstawia bardzo śmiałą, monstrualną wizję reżysera. Gigantyczna scenografia nadal robi wrażenie, wszystkie sceny w Szuflandii, które teraz realizowane byłyby w komputerze, a wtedy przygotowywane były w faktycznie budowanych scenografiach, wyglądają bardzo imponująco. I w sumie jedyne co odrobinę tu denerwuje, to sztuczny dubbing i przesadna ekspresja w grze niektórych aktorów. No, ale to już znak czasów i nic się na to nie poradzi.
Obywatel | dramat, komedia | Polska | 2014
reż. i scen. Jerzy Stuhr
(7/10)
Jerzy Stuhr decydując się na realizację "Obywatela" postawił przed sobą nie lada trudne zadanie. Opowiedzieć ponad pięćdziesięcioletnią historię Polski i nie zostać przygnieciony bagażem jaki ze sobą ona niesie było zadaniem niemal niemożliwym do zrealizowania. Ogrom historii, oraz jej waga była tak doniosła, że strasznie łatwo można było popełnić błąd i całkiem ponieść klęskę. Jedyne co mogło uratować ten projekt, co dawało szanse na jego powodzenie, i co w istocie stało się kluczem do jego sukcesu, było spojrzenie z perspektywy jednego, przeciętnego człowieka. Poprzez jednostkę spojrzenie na ogół. Tym zwyczajnym człowiekiem jest tutaj Jan Bratek grany przez Jerzego jak i Macieja Stuhra, w zależności w jakim okresie życia go znajdujemy. Poznajemy go w czasach obecnych, podczas występu w telewizji. Jego krótki wywiad kończy się nieszczęśliwym wypadkiem w wyniku którego ląduje on w szpitalu w stanie ciężkim. Unieruchomiony na długie tygodnie zaczyna wspominać swoje życie.
I tak rozpoczyna się podróż po wspomnieniach bohatera, jednocześnie portretująca Polskę, Polaków i zmiany jakie zachodziły w kraju i w społeczeństwie na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Razem z myślami bohatera skaczemy po wydarzeniach: sportowych, kulturalnych, zaliczamy przemianę ustrojową, najważniejsze wydarzenia, najbardziej pamiętne daty. A ponieważ wszystkie te dostojne, ważne, wielkie chwile widzimy od strony zwykłego człowieka, film Stuhra okazuje się być zabawny, przyjemny i bardzo lekkostrawny. To takie spojrzenie na ostatnie lata w trochę krzywym zwierciadle, nie karykaturalne, nie naśmiewające się, ale nasączone bardzo delikatnym, wyważonym humorem. Pewnie więcej przyjemności z tego obrazu będzie czerpać starsza widownia, dokładniej pamiętająca tamtą rzeczywistość, szybciej kojarząca liczne odniesienia, zabawne komentarze do tamtego świata. Bo prztyczków wymierzanych w nos tamtej rzeczywistości Stuhr czyni wiele.
Co ciekawe choć nieustannie przeskakujemy w czasie to wprzód, to w tył, choć prawdziwe zdarzenia mieszają się ze snami bohatera, to panuje w tej produkcji niezwykły porządek. Całość jest świetnie zaplanowana i bardzo dobrze poprowadzona. Czuć od samego początku, aż do samego końca, pewną rękę w napisanym tekście, który świetnie łączy i przeplata kolejne wątki, tworząc interesujący kolaż z życia bohatera. Czuć również zdecydowanie na planie, bo i od strony realizacyjnej to film bardzo zwarty, dopracowany. Całość toczy się szybko i sprawnie, a ten wielki mały seans (bo choć temat jest ogromny, produkcja ta pozostaje całkiem kameralna) mija błyskawicznie. To takie rozliczenie z przeszłością i trwającą teraźniejszością w gorzko słodkim klimacie, do tego świetnie zagrane przez Jerzego Stuhra i Macieja Stuhra, który perfekcyjnie wciela się w młodsza wersję bohatera granego przez swego ojca. Naprawdę udany film.

Komentarze
Prześlij komentarz