Mapy Gwiazd / Maps to the Stars
Mam problem z kilkoma uznanymi reżyserami. Ścisła czołówka światowego kina. Nazwiska, które znają chyba wszyscy, nawet Ci, którzy nie siedzą na okrągło w kinie. Twórcy, którzy znacząco przysłużyli się dla dobra kinematografii, których produkcje przeszły do historii, i wymieniane są wśród tych najlepszych, najbardziej znaczących, wartościowych. Jednym z takich twórców jest David Cronenberg, reżyser "Muchy", "Wideodromu", "eXistenZ", czy niedawnego "Cosmopolis". Reżyser, którego filmów nie jestem w stanie polubić, które w ogóle do mnie nie przemawiają, z którymi mam ogromny problem. I choć próbowałem już wielokrotnie, nadal nie mogę się przekonać. Kolejną próbą były "Mapy Gwiazd". Próbą znów nieudaną.
Nie wiem z czego to wynika. Czy z materiału źródłowego - ostatnie filmy Kanadyjczyka powstawały na podstawie powieści, co by nie mówić dość specyficznych. A może ze sposobu realizacji tych produkcji, w których wszystko jest chirurgicznie czyste, poprawne, dopracowane. Gładkie zdjęcia, wyraźny dźwięk, wysunięte na pierwszy plan głosy aktorów, czystość otoczenia. Niestety nie trafiają do mnie te filmy i historie w nich opowiadane. Wydają mi się całkiem wyprane z emocji, technicznie idealne, ale absolutnie bez serca. Bije z nich chłód, zupełnie inne, pokręcone podejście do świata i życia. Takie są również "Mapy Gwiazd", obraz rozprawiający się z amerykańskim show biznesem, ze światem wielkich gwiazd filmowych, które w oczach reżysera są nieporadnymi, zaburzonymi, zagubionymi dziećmi, nękanymi przez życiowe traumy, kompletnie nie radzącymi sobie z rzeczywistością. Taka jest główna bohaterka, którą prześladuje duch jej zmarłej matki, a która marzy o zagraniu w remake'u filmu, w którym wystąpiła jej rodzicielka. Taki jest też nastoletni Benjie, już uzależniony od proszków, którego prześladuje wizja chorej fanki, którą odwiedził w szpitalu na kilka dni przed jej śmiercią. Odległe postaci niczym byty z innej planety, których los jest całkiem obojętny, ani trochę nie wzrusza.
Tak jak w "Cosmopolis" okrutnie denerwujące były potwornie wydłużone monologi bohaterów, nuda niekończących się, udziwnionych rozmów, tak ten film męczy przede wszystkim powtarzanymi po wielokroć fragmentami poematu "Wolność" Paula Eluarda. W pewnym momencie stają się one niejako regularnymi dialogami, wersami, które zastępują właściwe rozmowy między bohaterami. W szczególności często wypływają z ust bohaterki granej przez Mię Wasikowską. Okrutnie męcząca powtarzalność. I jeśli już wymienić powód dla którego jednak warto wybrać się na najnowszy film Cronenberga, będzie nim bez wątpienia rewelacyjna Julianne Moore, która przechodzi samą siebie w roli rozsypanej emocjonalnie gwiazdy wielkiego ekranu, nękanej przez własne kompleksy, niepewności, strach i parcie na sławę. Genialny występ potwierdzający, że Moore wielką aktorką jest.
6/10
Nie wiem z czego to wynika. Czy z materiału źródłowego - ostatnie filmy Kanadyjczyka powstawały na podstawie powieści, co by nie mówić dość specyficznych. A może ze sposobu realizacji tych produkcji, w których wszystko jest chirurgicznie czyste, poprawne, dopracowane. Gładkie zdjęcia, wyraźny dźwięk, wysunięte na pierwszy plan głosy aktorów, czystość otoczenia. Niestety nie trafiają do mnie te filmy i historie w nich opowiadane. Wydają mi się całkiem wyprane z emocji, technicznie idealne, ale absolutnie bez serca. Bije z nich chłód, zupełnie inne, pokręcone podejście do świata i życia. Takie są również "Mapy Gwiazd", obraz rozprawiający się z amerykańskim show biznesem, ze światem wielkich gwiazd filmowych, które w oczach reżysera są nieporadnymi, zaburzonymi, zagubionymi dziećmi, nękanymi przez życiowe traumy, kompletnie nie radzącymi sobie z rzeczywistością. Taka jest główna bohaterka, którą prześladuje duch jej zmarłej matki, a która marzy o zagraniu w remake'u filmu, w którym wystąpiła jej rodzicielka. Taki jest też nastoletni Benjie, już uzależniony od proszków, którego prześladuje wizja chorej fanki, którą odwiedził w szpitalu na kilka dni przed jej śmiercią. Odległe postaci niczym byty z innej planety, których los jest całkiem obojętny, ani trochę nie wzrusza.
Tak jak w "Cosmopolis" okrutnie denerwujące były potwornie wydłużone monologi bohaterów, nuda niekończących się, udziwnionych rozmów, tak ten film męczy przede wszystkim powtarzanymi po wielokroć fragmentami poematu "Wolność" Paula Eluarda. W pewnym momencie stają się one niejako regularnymi dialogami, wersami, które zastępują właściwe rozmowy między bohaterami. W szczególności często wypływają z ust bohaterki granej przez Mię Wasikowską. Okrutnie męcząca powtarzalność. I jeśli już wymienić powód dla którego jednak warto wybrać się na najnowszy film Cronenberga, będzie nim bez wątpienia rewelacyjna Julianne Moore, która przechodzi samą siebie w roli rozsypanej emocjonalnie gwiazdy wielkiego ekranu, nękanej przez własne kompleksy, niepewności, strach i parcie na sławę. Genialny występ potwierdzający, że Moore wielką aktorką jest.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz