Igrzyska śmierci: Kosogłos. Część 1 / The Hunger Games: Mockingjay Part 1
Strasznie denerwująca jest ta obecna moda na dzielenie ostatnich części trylogii na dwa oddzielne filmy. Zwykły skok na kasę, który z poszczególnych tomów powieści tworzy odcinki serialu, bez wyraźnego początku, bez konkretnego zakończenia, bo to nadejdzie dopiero w kolejnej produkcji z cyklu. Skok na kasę, który pozwala producentom podwójnie zarobić. Tak było w przypadku "Harry’ego Pottera", tak zrobiono z sagą "Zmierzch", teraz cierpią również na tym "Igrzyska śmierci". Teoretycznie decyzja o podziale książki na dwie osobne produkcje daje twórcom większą swobodę, szansę na ukazanie całej historii zawartej w materiale źródłowym. Zamiast dwóch godzin dysponują aż czterema, więc i cięcia w materiale nie muszą być tak drastyczne. Z drugiej jednak strony rozciągając relatywnie krótką powieść na przesadnie długi metraż, mogą zbyt mocno trzymać się materiału źródłowego, zapominając, że tworzą jednak film, w którym książkowe dłużyzny są raczej niemile widziane. I tak niestety stało się z Kosogłosem.
Pierwsza część trzeciego tomu "Igrzysk śmierci" jest najbardziej spokojną częścią ze wszystkich dotychczasowych. Sporo w niej dłużyzn, momentów przesadnie rozwleczonych w czasie, które wyraźnie spowalniają akcję. I choć może upychanie książki w dwóch godzinach nie byłoby dobrym rozwiązaniem, tak i rozciąganie połówki finału aż do stu dwudziestu minut, również nie wyszło na dobre. Jest za spokojnie, choć na szczęście nadal ciekawie. Nie ma już Głodowych Igrzysk. Gdy Katniss zniszczyła pole siłowe nad Areną podczas ostatnich rozgrywek (co widziały tłumy śledzące przebieg Igrzysk), stała się chcąc nie chcąc twarzą rebelii. Teraz przebywa w podziemiach zniszczonego dawno temu Dystryktu 13. Nie ma jednak czasu na chwilę wytchnienia, bo gra toczy się dalej. Tym razem propagandowa. Kapitol zaczyna bowiem transmitować krótkie rozmowy z Peetą, miłością Katniss, którego nie zdążono ewakuować z Areny, a który teraz w tych krótkich wywiadach odwodzi mieszkańców Dystryktów od buntu. Uznany za zdrajcę staje się twarzą Kapitolu. Rebelianci decydują się odpowiedzieć klipami ukazującymi, że wspólny opór może przynieść zwycięstwo. Ich bohaterką ma zostać oczywiście Katniss.
Dziewczyna staje więc tym razem na przeciw nie tylko prezydenta Snowa, a również na przeciw Peety. Ciekawym jest jednocześnie to, że w pewnym sensie z marionetki Kapitolu, uwielbianej Dziewczyny Ognia, staje się marionetką Rebeliantów, Kosogłosem, symbolem walki ze znienawidzoną władzą, za którym mają podążyć miliony. I tak jak Kapitol wysługuje się Peetą, poprzez niego występując w mediach, tak zbuntowany Dystrykt 13 stosuje tą samą taktykę, wybierając Katniss jako swój środek przekazu. Dwie różne strony konfliktu, a metoda walki podobna. Tak jak poprzednie "Igrzyska śmierci" ukazywały marketingowy aspekt igrzysk, które w pewnym stopniu wygrywało się już począwszy od przygotowań, budując swoją markę występami, kostiumami, posiadanymi talentami, tak ta część przedstawia metody wpływania na konflikt poprzez media, telewizję. Z początku bowiem bardziej niż w rzeczywistości walka między Dystryktem a Kapitolem toczy się w mediach. Poprzez propagandowe spoty, które konkretnymi obrazami, wypowiedziami, atmosferą, kreują wizerunek stron konfliktu.
"Kosogłos" rozpoczyna się właściwie bez jakiegokolwiek wstępu (zaledwie kilkoma zdaniami wprowadzającymi w akcję), kończy się również jakby bez wyraźnego zakończenia. Na szczęście nie sceną po której następuje gwałtowne wygaszenie, ale już nie aż tak mocnym akcentem jak zbliżenie na twarz bohaterki w poprzedniej części. Sam film jest również mniej emocjonujący od poprzednich, a wzruszające sceny, lub te w których akcja nabiera tempa, nie mają tej energii, tego ognia, który charakteryzował dwie poprzednie odsłony serii. Mimo wszystko jednak "Igrzyska śmierci" nadal pozostają jednym z najlepszych, najciekawszych filmów młodzieżowych ostatnich lat. Opowieścią zaskakująco mądrą, poważną, przemyślaną i dojrzałą. Filmem nie bojącym się mocniejszych scen, czy odważniejszych obrazów (zniszczony Dystrykt 12). Produkcją świetnie zagraną przez Julianne Moore, Elizabeth Banks, Woody Harrelsona, ale przede wszystkim przez Jennifer Lawrence, która perfekcyjnie ukazuje wszystkie emocje jakie targają jej bohaterką. Tak jak jej bohaterka, jest istotą tego przedsięwzięcia - bez Katniss nie byłoby rewolucji, bez Lawrence nie byłoby tego filmu. Szkoda, że ta odsłona cyklu jest słabsza od poprzednich. Oby w połączeniu z finałem powróciła do znanej, fenomenalnej formy.
7,5/10
Pierwsza część trzeciego tomu "Igrzysk śmierci" jest najbardziej spokojną częścią ze wszystkich dotychczasowych. Sporo w niej dłużyzn, momentów przesadnie rozwleczonych w czasie, które wyraźnie spowalniają akcję. I choć może upychanie książki w dwóch godzinach nie byłoby dobrym rozwiązaniem, tak i rozciąganie połówki finału aż do stu dwudziestu minut, również nie wyszło na dobre. Jest za spokojnie, choć na szczęście nadal ciekawie. Nie ma już Głodowych Igrzysk. Gdy Katniss zniszczyła pole siłowe nad Areną podczas ostatnich rozgrywek (co widziały tłumy śledzące przebieg Igrzysk), stała się chcąc nie chcąc twarzą rebelii. Teraz przebywa w podziemiach zniszczonego dawno temu Dystryktu 13. Nie ma jednak czasu na chwilę wytchnienia, bo gra toczy się dalej. Tym razem propagandowa. Kapitol zaczyna bowiem transmitować krótkie rozmowy z Peetą, miłością Katniss, którego nie zdążono ewakuować z Areny, a który teraz w tych krótkich wywiadach odwodzi mieszkańców Dystryktów od buntu. Uznany za zdrajcę staje się twarzą Kapitolu. Rebelianci decydują się odpowiedzieć klipami ukazującymi, że wspólny opór może przynieść zwycięstwo. Ich bohaterką ma zostać oczywiście Katniss.
Dziewczyna staje więc tym razem na przeciw nie tylko prezydenta Snowa, a również na przeciw Peety. Ciekawym jest jednocześnie to, że w pewnym sensie z marionetki Kapitolu, uwielbianej Dziewczyny Ognia, staje się marionetką Rebeliantów, Kosogłosem, symbolem walki ze znienawidzoną władzą, za którym mają podążyć miliony. I tak jak Kapitol wysługuje się Peetą, poprzez niego występując w mediach, tak zbuntowany Dystrykt 13 stosuje tą samą taktykę, wybierając Katniss jako swój środek przekazu. Dwie różne strony konfliktu, a metoda walki podobna. Tak jak poprzednie "Igrzyska śmierci" ukazywały marketingowy aspekt igrzysk, które w pewnym stopniu wygrywało się już począwszy od przygotowań, budując swoją markę występami, kostiumami, posiadanymi talentami, tak ta część przedstawia metody wpływania na konflikt poprzez media, telewizję. Z początku bowiem bardziej niż w rzeczywistości walka między Dystryktem a Kapitolem toczy się w mediach. Poprzez propagandowe spoty, które konkretnymi obrazami, wypowiedziami, atmosferą, kreują wizerunek stron konfliktu.
"Kosogłos" rozpoczyna się właściwie bez jakiegokolwiek wstępu (zaledwie kilkoma zdaniami wprowadzającymi w akcję), kończy się również jakby bez wyraźnego zakończenia. Na szczęście nie sceną po której następuje gwałtowne wygaszenie, ale już nie aż tak mocnym akcentem jak zbliżenie na twarz bohaterki w poprzedniej części. Sam film jest również mniej emocjonujący od poprzednich, a wzruszające sceny, lub te w których akcja nabiera tempa, nie mają tej energii, tego ognia, który charakteryzował dwie poprzednie odsłony serii. Mimo wszystko jednak "Igrzyska śmierci" nadal pozostają jednym z najlepszych, najciekawszych filmów młodzieżowych ostatnich lat. Opowieścią zaskakująco mądrą, poważną, przemyślaną i dojrzałą. Filmem nie bojącym się mocniejszych scen, czy odważniejszych obrazów (zniszczony Dystrykt 12). Produkcją świetnie zagraną przez Julianne Moore, Elizabeth Banks, Woody Harrelsona, ale przede wszystkim przez Jennifer Lawrence, która perfekcyjnie ukazuje wszystkie emocje jakie targają jej bohaterką. Tak jak jej bohaterka, jest istotą tego przedsięwzięcia - bez Katniss nie byłoby rewolucji, bez Lawrence nie byłoby tego filmu. Szkoda, że ta odsłona cyklu jest słabsza od poprzednich. Oby w połączeniu z finałem powróciła do znanej, fenomenalnej formy.
7,5/10
Komentarze
Prześlij komentarz