Pani z przedszkola

Powinienem się już nauczyć by pod żadnym pozorem nie wierzyć zwiastunom.  To, że dwie minuty zapowiedzi prezentują się interesująco, zachęcająco, nie znaczy od razu, że sam film będzie wart uwagi.  Rzadko który zwiastun w pełni oddaje to jaki będzie sam film.  Bo zadaniem trailera nie jest przedstawienie samego filmu, a przyciągnięcie do kin jak największej liczby widzów.  Stąd jedno często nie odpowiada drugiemu.  Tak jest niestety w przypadku "Pani z przedszkola", która swoją  świetnie zmontowaną reklamówką skutecznie zachęcała do kupna biletu, obiecując zabawną, lekką i niegłupią komedię ze świetną obsadą. Sprawdziło się niestety tylko to ostatnie.

Decydując się na obejrzenie "Pani z przedszkola" sugerowałem się również właśnie doborową obsadą.  Janda, Kulesza, Gruszka nie są aktorkami, które grywają w pierwszym lepszym filmie, w głupawych komediach ich nazwiska się nie pojawiają. Tu prezentują się jak zwykle fantastycznie: Janda jako Babcia z zasadami, Kulesza jako sfrustrowana pani domu, Gruszka jako eteryczna przedszkolanka.  Jednak choć aktorki wychodzą obronną ręką tworząc ciekawe postaci, sam film pozostawia wiele do życzenia.  Bo choć co prawda nie jest jedną z idiotycznych komedii romantycznych, ani debilnych polskich komedii, jakie od pewnego czasu zalewają polskie kina, jest produkcją wyjątkowo nudną, nieśmieszną i przeraźliwie dziwną.

Teoretycznie jest to opowieść o pewnym dorosłym już mężczyźnie, który mając problemy z erekcją udaje się do psychiatry, by na kozetce cofnąć się do swojego dzieciństwa i tym samym rozwiązać swój problem.  Przypomina sobie przedszkolne lata, przedszkolankę, rodziców, babcię, pierwsze radości i smutki.  Tak naprawdę jednak obraz ten z każdą minutą staje się coraz większym pomieszaniem z poplątaniem, zlepkiem luźnych pomysłów, które nijak do siebie nie pasują, tworząc rwaną opowieść, która do niczego nie prowadzi, z której nic nie wynika.  Reżyser burzy i miesza chronologię, choć zabieg ten do niczego nie prowadzi.  Narratora opowieści, który jest jednocześnie głównym bohaterem, wyposaża w głos innego mężczyzny, a przecież to jedna i ta sama osoba.  Na domiar złego miesza we wspomnieniach bohatera, do woli je kreując, zmieniając w ramach potrzeb, przez co całość całkiem traci jakikolwiek sens.

I tak powstaje film świetnie zagrany, ale od strony fabularnej całkiem niestrawny, będący przedziwną, bełkotliwą mieszanką scen przeszłości i teraźniejszości, wspomnień, imaginacji, zdjęć i wyobrażeń.  Rzecz nieśmieszna, nudna i momentami mocno kłopotliwa (wątek zauroczenia przedszkolanki).  Produkcja, która prócz aktorskich występów broni się właściwie jedynie przepiękną, cudownie urokliwą stroną audiowizualną.  Idealnie współgrającą z obrazem muzyką Michała Woźniaka, oraz perfekcyjnymi, jasno doświetlonymi zdjęciami Michała Englerta, który kolejny już raz udowadnia, że jest najzdolniejszym polskim zdjęciowcem młodego pokolenia.  Gdyby nie jego zachwycające zdjęcia, seans "Pani z przedszkola" byłby całkiem nieudany.

5/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017