Hobbit: Bitwa Pięciu Armii / The Hobbit: The Battle of the Five Armies
Fanem Tolkienowskich opowieści zdecydowanie nie jestem. Nie widziałem trylogii "Władcy Pierścieni" i nic nie zapowiada bym miał ją kiedykolwiek nadrobić. Na pierwszego "Hobbita" wybrałem się do kina wyłącznie po to, by na własne oczy przekonać się na czym polega i jak prezentuje się nowa technologia - HFR, czyli 48 klatek na sekundę. Ani film ani ten technologiczny bajer nie przypadły mi wtedy do gustu. Dlatego drugiego "Hobbita" już całkiem sobie darowałem. Na trójkę jednak się wybrałem, ale tylko dla towarzystwa, wcześniej nadrabiając "Pustkowie Smauga", które rozczarowało mnie okrutnie. A wydaje mi się, że filmy te mają bardzo ułatwione zadanie, bo spoglądam na nie jak na zwykłe produkcje, bez sentymentu do poprzedniej trylogii, czy twórczości Tolkiena. Bez bagażu wyobrażeń, nadziei, wysoko ustawianej poprzeczki. Ku memu ogromnemu zaskoczeniu "Bitwa Pięciu Armii" podobała mi się bardzo i mimo pewnych mankamentów jakie jej dolegają, przypadła mi do gustu. Tym samym okazała się być najlepszym obrazem z całej nowej trylogii.
Trzecia część "Hobbita" już od pierwszych minut trzyma w napięciu, pędzi przed siebie na złamanie karku. Tak jak "Niezwykła podróż" snuła się niemiłosiernie, a "Pustkowie Smauga" nabierało odpowiedniego tempa, tak ten film wreszcie prowadzony jest z odpowiednią werwą. Rozpoczyna się emocjonującą walką ze Smokiem, by później przejść w pogłębiające się szaleństwo Thorina, który popada w obłęd od przeklętego złota ukrytego w Samotnej Górze. Jednocześnie obserwujemy strategiczne przygotowania do Bitwy, która rozpocznie się o świcie i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Poprzez te wątki wreszcie Jacksonowi udaje się wykrzesać jakieś emocje, a aktorzy nareszcie mają co grać. Konflikt popędza konflikt, a wiszące w powietrzu zagrożenie podnosi ciśnienie. Akcja wyraźnie dąży w jasno określonym kierunku, wszystkie działania bohaterów prowadzą do nieuniknionego, tytułowej bitwy pięciu armii i ten pęd ku tej konfrontacji świetnie napędza akcję. Całość zamknięta jest w metrażu o odpowiedniej długości, nieco ponad dwóch godzinach, w których idealnie zawiera się cały finał trylogii. Szkoda, że poprzednim dwóm filmom brakowało takiej samodyscypliny, że nie zostały one nieco bardziej przycięte, wtedy oglądałoby się je znacznie lepiej.
I tak do rozpoczęcia tytułowej bitwy ogląda się ten blockbuster nadzwyczaj dobrze. Problemy rozpoczynają się niestety od momentu pojawienia się pierwszej armii krasnoludów. Wtedy akcja zaczyna się rozmywać między kolejnymi postaciami, przeskakiwać od jednego pojedynku do następnego. Potyczki trwają w nieskończoność, dochodzą niestety również tanie amerykańskie chwyty. Łzawe pożegnania, bohaterskie śmierci, patetyczne wyznania miłości, niespodziewanie odżywający przeciwnicy, na siłę przedłużane pojedynki. Totalnym przegięciem są wyczyny Legolasa, którego nie imają się żadne prawa fizyki, którego akrobacje zamiast zadziwiać jedynie śmieszą i rozczarowują. Zdarzają się tu również momenty niezamierzenie zabawne, wyjęte niczym z kreskówek, jak chociażby kamień spadający na Orka, czy przewracający się Goblin. Zapewne miały służyć jako odciążenie mrocznej końcówki, ale w praktyce wypadają niestety dość żałośnie. Na szczęście tych komediowych akcentów nie ma aż tak wiele i mimo gorszego trzeciego aktu, mimo tych słabszych momentów "Bitwa Pięciu Armii" jest zgrabnym, udanym podsumowaniem trylogii "Hobbita".
7/10
Trzecia część "Hobbita" już od pierwszych minut trzyma w napięciu, pędzi przed siebie na złamanie karku. Tak jak "Niezwykła podróż" snuła się niemiłosiernie, a "Pustkowie Smauga" nabierało odpowiedniego tempa, tak ten film wreszcie prowadzony jest z odpowiednią werwą. Rozpoczyna się emocjonującą walką ze Smokiem, by później przejść w pogłębiające się szaleństwo Thorina, który popada w obłęd od przeklętego złota ukrytego w Samotnej Górze. Jednocześnie obserwujemy strategiczne przygotowania do Bitwy, która rozpocznie się o świcie i nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Poprzez te wątki wreszcie Jacksonowi udaje się wykrzesać jakieś emocje, a aktorzy nareszcie mają co grać. Konflikt popędza konflikt, a wiszące w powietrzu zagrożenie podnosi ciśnienie. Akcja wyraźnie dąży w jasno określonym kierunku, wszystkie działania bohaterów prowadzą do nieuniknionego, tytułowej bitwy pięciu armii i ten pęd ku tej konfrontacji świetnie napędza akcję. Całość zamknięta jest w metrażu o odpowiedniej długości, nieco ponad dwóch godzinach, w których idealnie zawiera się cały finał trylogii. Szkoda, że poprzednim dwóm filmom brakowało takiej samodyscypliny, że nie zostały one nieco bardziej przycięte, wtedy oglądałoby się je znacznie lepiej.
I tak do rozpoczęcia tytułowej bitwy ogląda się ten blockbuster nadzwyczaj dobrze. Problemy rozpoczynają się niestety od momentu pojawienia się pierwszej armii krasnoludów. Wtedy akcja zaczyna się rozmywać między kolejnymi postaciami, przeskakiwać od jednego pojedynku do następnego. Potyczki trwają w nieskończoność, dochodzą niestety również tanie amerykańskie chwyty. Łzawe pożegnania, bohaterskie śmierci, patetyczne wyznania miłości, niespodziewanie odżywający przeciwnicy, na siłę przedłużane pojedynki. Totalnym przegięciem są wyczyny Legolasa, którego nie imają się żadne prawa fizyki, którego akrobacje zamiast zadziwiać jedynie śmieszą i rozczarowują. Zdarzają się tu również momenty niezamierzenie zabawne, wyjęte niczym z kreskówek, jak chociażby kamień spadający na Orka, czy przewracający się Goblin. Zapewne miały służyć jako odciążenie mrocznej końcówki, ale w praktyce wypadają niestety dość żałośnie. Na szczęście tych komediowych akcentów nie ma aż tak wiele i mimo gorszego trzeciego aktu, mimo tych słabszych momentów "Bitwa Pięciu Armii" jest zgrabnym, udanym podsumowaniem trylogii "Hobbita".
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz