Obce ciało
Jest w "Obcym ciele" taka scena. Młoda dziewczyna, przyszła zakonnica, ma moment zwątpienia. Boi się, że niedostatecznie wyjaśniła swoją nagłą decyzję ukochanemu, którego zostawiła dla Boga. Biegnie więc do siostry przełożonej i błaga by ta pozwoliła jej wyjechać choćby na kilka godzin, by spotkać się z byłym chłopakiem. Jednocześnie obiecuje, że po tym jak najprędzej wróci do zakonu, by pozostać w nim już na zawsze. Na to wiekowa już siostra odpowiada jej - a co, bo jak Cię tu nie będzie to świat się skończy? I pozwala jej jechać na tak długo, na ile dziewczyna będzie potrzebowała. I niestety trochę tak też jest z najnowszym filmem Krzysztofa Zanussi. Kreuje się na obraz niezwykle istotny, ważny, prawdziwy, potrzebny, podczas gdy wcale tak nie jest. Ma ogromne ambicje. Stara się mówić wielkie prawdy o życiu, Bogu, wierze, miłości, współczesnym świecie, złym korporacyjnym stylu życia, na dodatek rozliczać z przeszłością, krytykować szarą rzeczywistość, w której cierpią najbiedniejsi, zaznaczać upadek obyczajów, zasad moralnych. Wszystko na raz, jednocześnie. Chęci wielkie, tylko, że niestety wykonanie powoduje, że niewiele to nas obchodzi.
Problemem w "Obcym ciele" nie jest realizacja. Od strony technicznej to bardzo dobrze skrojona produkcja filmowa. Ładne zdjęcia, utalentowani aktorzy, ciekawie dobrana muzyka Wojciecha Kilara. Czuć też pewną rękę reżysera, który unika dłużyzn, scen niespecjalnie tu potrzebnych. Całość sypie się niestety na scenariuszu. Pompatyczne dialogi brzmią sztucznie i nieprawdziwie. Nie sposób sobie wyobrazić by prawdziwi ludzie mówili w taki sposób jak bohaterowie tego filmu. Przeplatające się wątki pojawiają się i znikają, przepływając między sobą w nierównych proporcjach, przez co nie trudno zapomnieć o tych pomniejszych. Sytuacje i postaci kreślone są tu niezwykle grubą kreską, bez półcieni. Widać więc tylko dwa bieguny, albo dobro albo zło, od klasztornej czystości po zepsute korporacyjne życie. Wielość wątków, które porusza reżyser powoduje, że jedynie nad nimi przelatuje, nie wgłębia się w nie. A przez to można się zacząć zastanawiać o czym tak właściwie jest to film, i po co powstał? Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze dziwne dobory obsadowe, uczynienie Włocha jednym z bohaterów, który przyjeżdża do Polski, co skutkuje tak niewiarygodnymi sytuacjami jak Polacy wszędzie płynnie mówiący po włosku.
Jest w tym filmie historia młodej dziewczyny, która zdecydowała się na porzucenie ukochanego i wstąpienie do klasztoru. Bo Bóg tak chciał, bo odnalazła wyższą formę miłości. Jest historia uczciwego Włocha, który przyjeżdża za tą samą dziewczyną, i rozpoczyna pracę w z założenia złej korporacji. Jest wątek przebojowej, wyzwolonej menadżerki, która nienawidzi swojej przybranej matki (za którą ciągnie się trudna, kontrowersyjna przeszłość). Kobieta jest bezwzględna i nie cofnie się przed niczym by zasłużyć na awans. Jest postać młodej dziewczyny pracującej w tej samej firmie, która ślepo wykonuje wszelkie polecenia, niejako z obowiązków stając się prostytutką. Dochodzi do tego jeszcze młody chłopak opiekujący się swoim chorym ojcem i kilka innych pomniejszych postaci. Wszystko plącze się i przenika, pozostawiając po sobie jednak ogromny niedosyt, chwilami niesmak, czasem niezamierzone rozbawienie. Przez sztuczność postaw, sztuczność dialogów, nijak nie odzwierciedlających życia. Nie jest to co prawda film tak zły jak o nim piszą, nie jest niestety jednak tak dobry, jakby się można było spodziewać po osobie reżysera. Wielka szkoda, że zdecydowanie więcej w nim scen zalatujących kiczem (strącone przez powiewające firanki rozbite zdjęcie jednego z bohaterów, gdy ten wpada w tarapaty), niż wywołujących jakieś emocje (bieg przez ulice miasta w czasie awarii prądu). Gdyby tych drugich było więcej, może wtedy "Obce ciało" nie byłoby takim rozczarowaniem.
5/10
Problemem w "Obcym ciele" nie jest realizacja. Od strony technicznej to bardzo dobrze skrojona produkcja filmowa. Ładne zdjęcia, utalentowani aktorzy, ciekawie dobrana muzyka Wojciecha Kilara. Czuć też pewną rękę reżysera, który unika dłużyzn, scen niespecjalnie tu potrzebnych. Całość sypie się niestety na scenariuszu. Pompatyczne dialogi brzmią sztucznie i nieprawdziwie. Nie sposób sobie wyobrazić by prawdziwi ludzie mówili w taki sposób jak bohaterowie tego filmu. Przeplatające się wątki pojawiają się i znikają, przepływając między sobą w nierównych proporcjach, przez co nie trudno zapomnieć o tych pomniejszych. Sytuacje i postaci kreślone są tu niezwykle grubą kreską, bez półcieni. Widać więc tylko dwa bieguny, albo dobro albo zło, od klasztornej czystości po zepsute korporacyjne życie. Wielość wątków, które porusza reżyser powoduje, że jedynie nad nimi przelatuje, nie wgłębia się w nie. A przez to można się zacząć zastanawiać o czym tak właściwie jest to film, i po co powstał? Do tego wszystkiego dochodzą jeszcze dziwne dobory obsadowe, uczynienie Włocha jednym z bohaterów, który przyjeżdża do Polski, co skutkuje tak niewiarygodnymi sytuacjami jak Polacy wszędzie płynnie mówiący po włosku.
Jest w tym filmie historia młodej dziewczyny, która zdecydowała się na porzucenie ukochanego i wstąpienie do klasztoru. Bo Bóg tak chciał, bo odnalazła wyższą formę miłości. Jest historia uczciwego Włocha, który przyjeżdża za tą samą dziewczyną, i rozpoczyna pracę w z założenia złej korporacji. Jest wątek przebojowej, wyzwolonej menadżerki, która nienawidzi swojej przybranej matki (za którą ciągnie się trudna, kontrowersyjna przeszłość). Kobieta jest bezwzględna i nie cofnie się przed niczym by zasłużyć na awans. Jest postać młodej dziewczyny pracującej w tej samej firmie, która ślepo wykonuje wszelkie polecenia, niejako z obowiązków stając się prostytutką. Dochodzi do tego jeszcze młody chłopak opiekujący się swoim chorym ojcem i kilka innych pomniejszych postaci. Wszystko plącze się i przenika, pozostawiając po sobie jednak ogromny niedosyt, chwilami niesmak, czasem niezamierzone rozbawienie. Przez sztuczność postaw, sztuczność dialogów, nijak nie odzwierciedlających życia. Nie jest to co prawda film tak zły jak o nim piszą, nie jest niestety jednak tak dobry, jakby się można było spodziewać po osobie reżysera. Wielka szkoda, że zdecydowanie więcej w nim scen zalatujących kiczem (strącone przez powiewające firanki rozbite zdjęcie jednego z bohaterów, gdy ten wpada w tarapaty), niż wywołujących jakieś emocje (bieg przez ulice miasta w czasie awarii prądu). Gdyby tych drugich było więcej, może wtedy "Obce ciało" nie byłoby takim rozczarowaniem.
5/10
Komentarze
Prześlij komentarz