Love, Rosie
Kiedyś zaznaczyłem ten film na filmwebie do obejrzenia. Zupełnie nie pamiętam już kiedy i dlaczego. Być może zachęciła mnie do tego obsada, choć nie gra tutaj żaden z moich ulubionych aktorów. Może plakat, te czasem potrafią skutecznie zaciekawić nadchodzącą produkcją, a może sam opis wydał mi się wtedy wystarczająco interesujący. Nie wiem. Ważne jednak, że kilka dni temu, wraz z polską premierą tej produkcji, wyskoczyło mi powiadomienie o niej. A ponieważ do kin chadzam właściwie na wszystko co leci, i co zapowiada się w miarę zachęcająco, pomyślałem sobie, że spróbuję. Choć obawiałem się dość mocno, że trafię na schematyczną komedię romantyczną.
Na szczęście "Love, Rosie" ze schematem rom-komów ma niewiele wspólnego. To urokliwa historia pewnej niespełnionej? miłości, związku, który nigdy nie miał szczęścia się wydarzyć. Przez nieporozumienia, obawy i strach. Przez komplikacje losu, przypadek, niepozwalające wypełnić się przeznaczeniu. To opowieść o Rosie i Alexie, którzy znają się od dziecka. Zawsze byli dla siebie świetnymi przyjaciółmi. Ona rozumiała jego pokręcone sny, on był dla niej zawsze w potrzebie. Świętując osiemnaste urodziny Rosie, wreszcie dochodzi między nimi do pocałunku. Jednak następnego dnia Rosie tego zupełnie nie pamięta, bo za dużo wypiła i urwał jej się film. Alex myśląc, że dziewczyna nie chce pamiętać o tym co się między nimi wydarzyło, wycofuje się i zadowala przyjaźnią, na siłę szukając innej miłości. I tak rozpoczyna się historia, trwająca z przerwami dobrych dwanaście lat, gdy jedno i drugie próbuje ułożyć sobie życie.
Zaskakujące jak wyjątkowo niecodzienna, niemodna i niepopularna myśl płynie z tego filmu. "Love, Rosie" jest bowiem pochwałą cierpliwości. Filmem mówiącym o tym, że na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Trzeba na to tylko poczekać, przygotować się, dorosnąć. Ale co ma przyjść to przyjdzie, co ma się wydarzyć, to się wydarzy. Nie od razu, nie wtedy gdy tego będziemy chcieli, nie dokładnie w takiej formie, jaką sobie wymarzyliśmy, ale w końcu marzenia się spełnią, nadejdzie lepszy dzień. Trzeba tylko cierpliwie czekać i cieszyć się z dzisiaj, doceniać to co teraz zsyła nam los. Wtedy przemijający czas upłynie w szczęściu. Nawet jeśli nie jest to szczęście przez nas wymarzone. W czasach gdy wszystko powinno się dziać tu i teraz, w czasach "fast" i "instant", takie podejście do życia, chwalące cierpliwość, jest zaskakujące i wyjątkowo orzeźwiające.
"Love, Rosie" jest taką trochę dziwną mieszanką słodyczy i goryczy, smutku i radości, melancholii i ciepła. Z jednej strony pokazuje niespełnione marzenia, życie, które układa się zdecydowanie nie tak jak powinno, szarą rzeczywistość, która weryfikuje wielkie plany i sprowadza do parteru. Z drugiej jednak strony widzi zawsze szklankę do połowy pełną. Dostrzega światło nawet w najciemniejszych sytuacjach, momentach, które krzyżują plany bohaterów. Stąd uczucie pocieszenia, pewnego rodzaju lekkości i dobry nastrój jaki płynie z tego filmu. Może też dlatego, że wiemy, że ta historia i tak na końcu będzie mieć szczęśliwe zakończenie. Bo przecież to tylko bajka, choć trochę inna niż wszystkie, odrobinę bardziej życiowa niż typowe rom-komy. Dobrze jednak czasem taką obejrzeć.
7-/10
Na szczęście "Love, Rosie" ze schematem rom-komów ma niewiele wspólnego. To urokliwa historia pewnej niespełnionej? miłości, związku, który nigdy nie miał szczęścia się wydarzyć. Przez nieporozumienia, obawy i strach. Przez komplikacje losu, przypadek, niepozwalające wypełnić się przeznaczeniu. To opowieść o Rosie i Alexie, którzy znają się od dziecka. Zawsze byli dla siebie świetnymi przyjaciółmi. Ona rozumiała jego pokręcone sny, on był dla niej zawsze w potrzebie. Świętując osiemnaste urodziny Rosie, wreszcie dochodzi między nimi do pocałunku. Jednak następnego dnia Rosie tego zupełnie nie pamięta, bo za dużo wypiła i urwał jej się film. Alex myśląc, że dziewczyna nie chce pamiętać o tym co się między nimi wydarzyło, wycofuje się i zadowala przyjaźnią, na siłę szukając innej miłości. I tak rozpoczyna się historia, trwająca z przerwami dobrych dwanaście lat, gdy jedno i drugie próbuje ułożyć sobie życie.
Zaskakujące jak wyjątkowo niecodzienna, niemodna i niepopularna myśl płynie z tego filmu. "Love, Rosie" jest bowiem pochwałą cierpliwości. Filmem mówiącym o tym, że na wszystko w życiu jest odpowiedni czas. Trzeba na to tylko poczekać, przygotować się, dorosnąć. Ale co ma przyjść to przyjdzie, co ma się wydarzyć, to się wydarzy. Nie od razu, nie wtedy gdy tego będziemy chcieli, nie dokładnie w takiej formie, jaką sobie wymarzyliśmy, ale w końcu marzenia się spełnią, nadejdzie lepszy dzień. Trzeba tylko cierpliwie czekać i cieszyć się z dzisiaj, doceniać to co teraz zsyła nam los. Wtedy przemijający czas upłynie w szczęściu. Nawet jeśli nie jest to szczęście przez nas wymarzone. W czasach gdy wszystko powinno się dziać tu i teraz, w czasach "fast" i "instant", takie podejście do życia, chwalące cierpliwość, jest zaskakujące i wyjątkowo orzeźwiające.
"Love, Rosie" jest taką trochę dziwną mieszanką słodyczy i goryczy, smutku i radości, melancholii i ciepła. Z jednej strony pokazuje niespełnione marzenia, życie, które układa się zdecydowanie nie tak jak powinno, szarą rzeczywistość, która weryfikuje wielkie plany i sprowadza do parteru. Z drugiej jednak strony widzi zawsze szklankę do połowy pełną. Dostrzega światło nawet w najciemniejszych sytuacjach, momentach, które krzyżują plany bohaterów. Stąd uczucie pocieszenia, pewnego rodzaju lekkości i dobry nastrój jaki płynie z tego filmu. Może też dlatego, że wiemy, że ta historia i tak na końcu będzie mieć szczęśliwe zakończenie. Bo przecież to tylko bajka, choć trochę inna niż wszystkie, odrobinę bardziej życiowa niż typowe rom-komy. Dobrze jednak czasem taką obejrzeć.
7-/10
Komentarze
Prześlij komentarz