Mów mi Vincent / St. Vincent
"Mów mi Vincent" jest dokładnie takim filmem, jakiego się można było spodziewać, po zaznajomieniu się z opisem, bądź też zwiastunem do tej produkcji. To ciepła, zabawna, pozytywna opowieść zrealizowana ku pokrzepieniu serc. Film momentami, a szczególnie pod sam koniec, strasznie przesłodzony, ale na szczęście strawny, udanie mieszający na przemian wzruszenie z radośniejszymi momentami. Film, który rozwija się dokładnie w takim kierunku, w jakim tego podświadomie oczekujemy. Ale to nie problem, bo jest poprowadzony w tak lekki, przyjemny i zgrabny sposób, że bardziej od tego jak się skończy, interesuje sama droga do finału.
Film Theodore'a Melfiego to historia Oliviera, chłopca, który wraz z matką pielęgniarką, przeprowadza się do nowego domu na Brooklynie. Uciekli od ojca prawnika, który ustawicznie zdradzał kobietę i nie interesował się chłopcem. Już pierwszego dnia pobytu w nowym miejscu poznają swojego sąsiada. Samotnego, starego, zrzędliwego, zapijaczonego gbura, który żyje w ruderze obok. I choć nikt go nie lubi, wszyscy omijają go szerokim łukiem, nie chcąc mieć z nim nic wspólnego, bardzo szybko Olivier znajdzie z nim wspólny język. I tak jeden odmieni życie drugiego. Vincent nauczy chłopca samoobrony, tego by zawsze walczył o swoje. Olivier otworzy mężczyznę na ludzi, tchnie odrobinę życia w jego zgorzkniałą rzeczywistość. Poprzez rozwijającą się między nimi relację, poznamy historię chłopca, dowiemy się również dlaczego Vincent stał się takim zgorzkniałym dziadem, kąśliwie nastawionym do ludzi i świata. Schemat, okrutny wręcz schemat, ale ładnie zagrany.
Najsilniejszym elementem tego obrazu są bowiem aktorzy. Oni powodują, że tą znaną, ograną historię dobrze się ogląda. Świetny jest Bill Murray, który urokliwie wciela się w rolę stetryczałego gbura. Niezły jest również młody Jaeden Lieberher jako chudziutki i niepewny siebie Olivier. Co ważne razem świetnie ze sobą współgrają, tworząc ciekawą parę. Miło zobaczyć również Melissę McCarthy w normalniejszej, bardziej spokojnej roli. Najdziwniejszym wyborem obsadowym, choć pociesznym na swój sposób, jest Naomi Watts, wcielająca się w ciężarną prostytutkę o rosyjskim pochodzeniu. Jej akcent jest jednak strasznie sztuczny, okropnie udawany i nieprzekonujący. Ale choć jest on naprawdę fatalny, a jej rola zdaje się tu być dodana nieco na siłę, z osobistej sympatii do niej, nie sposób mi było nie uśmiechać się na jej widok. Nic wybitnego, ale na pokrzepienie serc film jak znalazł.
7/10
Film Theodore'a Melfiego to historia Oliviera, chłopca, który wraz z matką pielęgniarką, przeprowadza się do nowego domu na Brooklynie. Uciekli od ojca prawnika, który ustawicznie zdradzał kobietę i nie interesował się chłopcem. Już pierwszego dnia pobytu w nowym miejscu poznają swojego sąsiada. Samotnego, starego, zrzędliwego, zapijaczonego gbura, który żyje w ruderze obok. I choć nikt go nie lubi, wszyscy omijają go szerokim łukiem, nie chcąc mieć z nim nic wspólnego, bardzo szybko Olivier znajdzie z nim wspólny język. I tak jeden odmieni życie drugiego. Vincent nauczy chłopca samoobrony, tego by zawsze walczył o swoje. Olivier otworzy mężczyznę na ludzi, tchnie odrobinę życia w jego zgorzkniałą rzeczywistość. Poprzez rozwijającą się między nimi relację, poznamy historię chłopca, dowiemy się również dlaczego Vincent stał się takim zgorzkniałym dziadem, kąśliwie nastawionym do ludzi i świata. Schemat, okrutny wręcz schemat, ale ładnie zagrany.
Najsilniejszym elementem tego obrazu są bowiem aktorzy. Oni powodują, że tą znaną, ograną historię dobrze się ogląda. Świetny jest Bill Murray, który urokliwie wciela się w rolę stetryczałego gbura. Niezły jest również młody Jaeden Lieberher jako chudziutki i niepewny siebie Olivier. Co ważne razem świetnie ze sobą współgrają, tworząc ciekawą parę. Miło zobaczyć również Melissę McCarthy w normalniejszej, bardziej spokojnej roli. Najdziwniejszym wyborem obsadowym, choć pociesznym na swój sposób, jest Naomi Watts, wcielająca się w ciężarną prostytutkę o rosyjskim pochodzeniu. Jej akcent jest jednak strasznie sztuczny, okropnie udawany i nieprzekonujący. Ale choć jest on naprawdę fatalny, a jej rola zdaje się tu być dodana nieco na siłę, z osobistej sympatii do niej, nie sposób mi było nie uśmiechać się na jej widok. Nic wybitnego, ale na pokrzepienie serc film jak znalazł.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz