Dziewczyna z portretu / The Danish Girl
Oryginalny tytuł najnowszego filmu Toma Hoopera jest bardziej wieloznaczny niż jego polski odpowiednik. "Dziewczyna z portretu" może brzmi lepiej niż "The Danish Girl", ale obejrzawszy tę produkcję okazuje się, że jest tytułem niepełnym. A przynajmniej nie tak obszernym jak jego angielski odpowiednik. "Dziewczyna z portretu" nie pozostawia bowiem wątpliwości co do tego kto jest głównym bohaterem tej produkcji, swoją uwagę skupiając w całości na postaci Einara, młodego malarza, który był pierwszą osobą na świecie jaka przeszła udaną operację zmiany płci. On (a właściwie drzemiąca w nim Lily) jest bohaterem portretów do których bezpośrednio odwołuje się polski tytuł. "The Danish Girl" natomiast, jest tytułem, który może odwoływać się do Lily, ale równie dobrze może dotyczyć Gerdy, żony Einara. I co ciekawe film Hoopera jest właśnie bardziej o niej, niż o nim.
"The Danish Girl" jest historią wielkiej miłości jaką Gerda darzyła swojego męża. Miłości, która pozwoliła przetrwać jej cały proces zmiany płci Einara, stać u jego boku i wspierać go do samego końca. Rzecz, która zaczęła się zupełnie niewinnie, jako zabawa w której to Einar przebrał się za kobietę do obrazu przygotowywanego przez Gerdę, gdyż jej modelka nie mogła pojawić się na sesji. Niewinna zabawa stała się realną, pogłębiającą się sytuacją. Sytuacją w której Einar coraz bardziej nikł w oczach na rzecz Lily, pojawiającej się coraz śmielej i na coraz dłuższy czas. I choć Gerda w pewnym momencie wyrzuca sobie, że to wszystko jej wina, że to ona wykreowała Lily, ta istniała w Einarze od zawsze, od dzieciństwa. Poprzez przywdzianie sukienki po prostu odważyła się wyjść na światło dzienne. Rozpoczynając przemianę mężczyzny, którego Gerda straciła bezpowrotnie. Kobieta jednak mimo strachu, rozczarowań, zdrad i niezrozumienia ze strony otoczenia, nie opuściła Einara. Wspierała go, pomagając w najtrudniejszych chwilach. Właśnie o niej i o jej wielkim uczuciu jest to film. Nie o samej przemianie, pierwszej w historii, czy transgenderyzmie jako takim. O tym bowiem, znacznie lepiej opowiadał chociażby Almodovar w niedawnym "Skóra w której żyję".
"Dziewczyna z portretu" jest dość bezpiecznym filmem, pomijając całkiem sporą dawkę nagości, jak na hollywoodzką produkcję skrojoną pod Oscary. Obrazem bezpiecznym, a przez to w dużej mierze dość płaskim, oczywistym i pustym. Choć posiada urokliwe zdjęcia i przyjemny soundtrack, niewiele emocji jest w stanie rozbudzić. Oczywiście niewątpliwym atutem tej produkcji są występy aktorskie. "The Danish Girl" jest bowiem jednym z wielu ostatnich filmów, w którym to przede wszystkim aktorzy się bronią, podczas gdy sam film rozczarowuje (żeby chociaż wspomnieć "Żelazną damę" czy "Grę tajemnic"). Co ciekawe jednak, choć wiele wskazywało na to, że nagrodzony w zeszłym roku Oscarem Eddie znów da popis swoich umiejętności, to nie on błyszczy na ekranie tylko Alicia Vikander. Redmayne bez wątpienia idealnie nadaje się do roli Einara/Lily. Jego nieoczywista uroda perfekcyjnie pasuje do postaci mężczyzny w którym drzemie kobieta. Na dłuższą metę jednak jego występ zaczyna irytować, ogranicza się do kilku wystudiowanych gestów, nieśmiałych spojrzeń i wielkiego uśmiechu. Prawdziwy koncert umiejętności aktorskich daje za to Vikander, która perfekcyjnie oddaje całą paletę emocji, jakie rozsadzają jej bohaterkę. To dla niej przede wszystkim warto obejrzeć ten film.
6/10
"The Danish Girl" jest historią wielkiej miłości jaką Gerda darzyła swojego męża. Miłości, która pozwoliła przetrwać jej cały proces zmiany płci Einara, stać u jego boku i wspierać go do samego końca. Rzecz, która zaczęła się zupełnie niewinnie, jako zabawa w której to Einar przebrał się za kobietę do obrazu przygotowywanego przez Gerdę, gdyż jej modelka nie mogła pojawić się na sesji. Niewinna zabawa stała się realną, pogłębiającą się sytuacją. Sytuacją w której Einar coraz bardziej nikł w oczach na rzecz Lily, pojawiającej się coraz śmielej i na coraz dłuższy czas. I choć Gerda w pewnym momencie wyrzuca sobie, że to wszystko jej wina, że to ona wykreowała Lily, ta istniała w Einarze od zawsze, od dzieciństwa. Poprzez przywdzianie sukienki po prostu odważyła się wyjść na światło dzienne. Rozpoczynając przemianę mężczyzny, którego Gerda straciła bezpowrotnie. Kobieta jednak mimo strachu, rozczarowań, zdrad i niezrozumienia ze strony otoczenia, nie opuściła Einara. Wspierała go, pomagając w najtrudniejszych chwilach. Właśnie o niej i o jej wielkim uczuciu jest to film. Nie o samej przemianie, pierwszej w historii, czy transgenderyzmie jako takim. O tym bowiem, znacznie lepiej opowiadał chociażby Almodovar w niedawnym "Skóra w której żyję".
"Dziewczyna z portretu" jest dość bezpiecznym filmem, pomijając całkiem sporą dawkę nagości, jak na hollywoodzką produkcję skrojoną pod Oscary. Obrazem bezpiecznym, a przez to w dużej mierze dość płaskim, oczywistym i pustym. Choć posiada urokliwe zdjęcia i przyjemny soundtrack, niewiele emocji jest w stanie rozbudzić. Oczywiście niewątpliwym atutem tej produkcji są występy aktorskie. "The Danish Girl" jest bowiem jednym z wielu ostatnich filmów, w którym to przede wszystkim aktorzy się bronią, podczas gdy sam film rozczarowuje (żeby chociaż wspomnieć "Żelazną damę" czy "Grę tajemnic"). Co ciekawe jednak, choć wiele wskazywało na to, że nagrodzony w zeszłym roku Oscarem Eddie znów da popis swoich umiejętności, to nie on błyszczy na ekranie tylko Alicia Vikander. Redmayne bez wątpienia idealnie nadaje się do roli Einara/Lily. Jego nieoczywista uroda perfekcyjnie pasuje do postaci mężczyzny w którym drzemie kobieta. Na dłuższą metę jednak jego występ zaczyna irytować, ogranicza się do kilku wystudiowanych gestów, nieśmiałych spojrzeń i wielkiego uśmiechu. Prawdziwy koncert umiejętności aktorskich daje za to Vikander, która perfekcyjnie oddaje całą paletę emocji, jakie rozsadzają jej bohaterkę. To dla niej przede wszystkim warto obejrzeć ten film.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz