Creed: Narodziny legendy / Creed
Obrodziło nam ostatnimi czasy w filmy opierające się na sentymencie do dawnych, kultowych już produkcji. I co ciekawe te powroty do tego co kiedyś było tak dobre, są zaskakująco udane. Tego typu ożywianie legendy zaserwowali nam w zeszłym roku chociażby George Miller z "Mad Maxem", czy J.J. Abrams z "Gwiezdnymi wojnami". Kolejnym udanym powrotem okazuje się być również "Creed", będący w większości spin-offem, ale również po części kolejną częścią opowieści o Rockym Balboa. Słynny bokser jest co prawda bohaterem drugoplanowym tego filmu, ale pojawia się na ekranie częściej niż można by przypuszczać. Jednocześnie wciela się w najlepszą wersję swojej postaci o jakiej mogli pomyśleć scenarzyści. Jest człowiekiem, który od dawna nie robi już tego co przyniosło mu sławę, prowadzi spokojne życie gdzieś z boku, niezbyt nadążając za teraźniejszością. W wyniku spotkania z głównym bohaterem tej opowieści, tytułowym Creedem, staje się chwilowo trenerem, przybliżając się do świata, w którym kiedyś tyle znaczył. Taki trochę self-comment na temat obecnej pozycji Stallone jako aktora. I wcale nie dziwne, jeśli za kilkanaście dni Sly zgarnie za tę rolę Oscara. Będzie ona uhonorowaniem jego występu w tej produkcji (naprawdę porządnego występu) ale i docenieniem wcześniej niedocenionej kreacji.
Trzeba przyznać, że powrót do świata boksu jaki zaserwował Ryan Coogler jest nadspodziewanie udany. Pomysł na tę kontynuację jest interesujący i ciekawie poprowadzony. Szkoda tylko, że chwilami idzie na łatwiznę, wybierając przesadnie proste rozwiązania fabularne (jak chociażby znalezione w kieszeni ulotki, czy niespodziewane pukanie do drzwi). To sceny, które sprawiają wrażenie pisanych na kolanie, jakby od niechcenia. Rozczarowuje tutaj również trochę końcówka, która uderza w zbyt sentymentalne i podniosłe tony. Sam finał, nie ostatnia scena, bo ta jest idealna. Jednocześnie bardzo wyraźnie nawiązuje do pierwszego "Rocky'ego", przywołuje masę wspomnień związanych z tamtym filmem, ale równocześnie daje możliwości dalszego kontynuowania historii, tworząc całkiem nowy początek. Nie da się bowiem ukryć, że "Creed" to projekt, który podchodzi z wielkim szacunkiem do pierwszego filmu o sławnym bokserze. Opowiada jego dalszą historię, z sentymentem podchodząc do tej postaci, ale jednocześnie stara się stworzyć podwaliny pod nową serię, dać szansę na to by kolejni twórcy mogli rozwijać tę opowieść w dalszym kierunku.
Szkoda tylko trochę, że "Creed" jest filmem nierównym, obrazem którego elementy składowe nie są utrzymane na podobnym poziomie. Okrutnie denerwująca bywa tutaj na przykład muzyka, momentami uderzająca w przesadnie podniosłe tony, przez co zamiast wzmacniać konkretne sceny, działa wręcz przeciwnie, powodując, że stają się one niezamierzenie zabawne. Jednak z drugiej strony, bardzo mądrze i sprawnie korzysta ze znanych motywów muzycznych serii, prezentując je w trochę innej, nowszej odsłonie. Przywołując w pamięci to co dobre z poprzednich filmów. I o ile nad muzyką można trochę ponarzekać, tak co do zdjęć nie można mieć większych zastrzeżeń. Zdjęcia, szczególnie te podczas walk bokserskich, są naprawdę bardzo udane. Szczególnie warto zwrócić uwagę na pierwszą poważną walkę jaką ma Donie, która została w całości nakręcona w jednym ujęciu (a przynajmniej takie sprawia wrażenie), z kamerą nieustannie okrążającą bohaterów, przelatującą między walczącymi bokserami. Osiągając przez ten zabieg poczucie bezpośredniego przebywania na ringu, razem z zawodnikami. Świetna scena.
6.5/10
Trzeba przyznać, że powrót do świata boksu jaki zaserwował Ryan Coogler jest nadspodziewanie udany. Pomysł na tę kontynuację jest interesujący i ciekawie poprowadzony. Szkoda tylko, że chwilami idzie na łatwiznę, wybierając przesadnie proste rozwiązania fabularne (jak chociażby znalezione w kieszeni ulotki, czy niespodziewane pukanie do drzwi). To sceny, które sprawiają wrażenie pisanych na kolanie, jakby od niechcenia. Rozczarowuje tutaj również trochę końcówka, która uderza w zbyt sentymentalne i podniosłe tony. Sam finał, nie ostatnia scena, bo ta jest idealna. Jednocześnie bardzo wyraźnie nawiązuje do pierwszego "Rocky'ego", przywołuje masę wspomnień związanych z tamtym filmem, ale równocześnie daje możliwości dalszego kontynuowania historii, tworząc całkiem nowy początek. Nie da się bowiem ukryć, że "Creed" to projekt, który podchodzi z wielkim szacunkiem do pierwszego filmu o sławnym bokserze. Opowiada jego dalszą historię, z sentymentem podchodząc do tej postaci, ale jednocześnie stara się stworzyć podwaliny pod nową serię, dać szansę na to by kolejni twórcy mogli rozwijać tę opowieść w dalszym kierunku.
Szkoda tylko trochę, że "Creed" jest filmem nierównym, obrazem którego elementy składowe nie są utrzymane na podobnym poziomie. Okrutnie denerwująca bywa tutaj na przykład muzyka, momentami uderzająca w przesadnie podniosłe tony, przez co zamiast wzmacniać konkretne sceny, działa wręcz przeciwnie, powodując, że stają się one niezamierzenie zabawne. Jednak z drugiej strony, bardzo mądrze i sprawnie korzysta ze znanych motywów muzycznych serii, prezentując je w trochę innej, nowszej odsłonie. Przywołując w pamięci to co dobre z poprzednich filmów. I o ile nad muzyką można trochę ponarzekać, tak co do zdjęć nie można mieć większych zastrzeżeń. Zdjęcia, szczególnie te podczas walk bokserskich, są naprawdę bardzo udane. Szczególnie warto zwrócić uwagę na pierwszą poważną walkę jaką ma Donie, która została w całości nakręcona w jednym ujęciu (a przynajmniej takie sprawia wrażenie), z kamerą nieustannie okrążającą bohaterów, przelatującą między walczącymi bokserami. Osiągając przez ten zabieg poczucie bezpośredniego przebywania na ringu, razem z zawodnikami. Świetna scena.
6.5/10
Komentarze
Prześlij komentarz