Ave, Cezar! / Hail, Caesar!

Najprawdopodobniej każdy z nas ma takiego twórcę filmowego, reżysera bądź też aktora, którego popularności zupełnie nie rozumie.  Osobę, uwielbianą przez tłumy, wielokrotnie nagradzaną i docenianą przez krytyków, której dokonania jednak nie zachwycają tak bardzo jak powinny.  Której popularność zastanawia, jest nie do końca zrozumiała.  Dla mnie osobiście wśród takich twórców filmowych znajdują się bracia Coen.  Uwielbiani przez krytyków, mający swoich wiernych fanów, wielokrotnie doceniani i nagradzani.  Do mnie jednak nie do końca przemawiający.  I choć już wielokrotnie próbowałem zaprzyjaźnić się z ich twórczością, nadal nie do końca ona do mnie trafia, nie zachwyca tak jak zachwycać powinna.  Poprzednie filmy braci wydają mi się po prostu dobre.  Gdzieś umyka mi ten geniusz, wychwalany przez całą resztę świata.

Nie da się ukryć, że produkcje braci Coen są filmami do których lgną wszyscy aktorzy.  "Ave, Cezar!" nie jest w tym wyjątkiem.  To produkcja w której pojawiają się najważniejsze, największe, najbardziej rozchwytywane nazwiska z branży.  Tilda Swinton, Frances McDormand, Channing Tatum, Jonah Hill, Scarlett Johansson, Ralph Fiennes, George Clooney.  Jednakże występują w tej komedii w formie tła, epizodycznych postaci, które wypowiadają trzy kwestie na krzyż i znikają z ekranu, nie pojawiając się już później.  Biorąc pod uwagę ich naprawdę niezwykły talent aktorski chciałoby się aby ich role były bardziej rozbudowane.  Ale wtedy "Ave, Cezar!" musiałoby trwać z sześć godzin i być jeszcze bardziej epizodycznym filmem niż obecnie.  Przez tłum postaci przewijających się przez ekran produkcja ta staje się obrazem nierównym, poszatkowanym, niedbale przyciętym, nieustannie tracącym tempo.  I choć jest tu sporo scen perełek, jak chociażby rozmowa z przedstawicielami różnych odłamów religii, czy wycieczka na łódź podwodną, to te poszczególne pomysły średnio łączą się w jeden płynny film.  Brakuje tu ciągłości, większej spójności.  Całość sprawia wrażenie sklejki z różnych anegdot na temat kina, filmów, aktorów i dawnego Hollywood.  Brakuje w tym filmie również większej energii, zadziorności jaką charakteryzował się na przykład zwiastun.  I choć nie powinno się sugerować materiałami promocyjnymi, szkoda że ta pasja z jaką zmontowany był trailer, nie wypływa również z samego filmu.

"Ave, Cezar!" to spojrzenie na Hollywood lat pięćdziesiątych.  Historia producenta filmowego, który musi radzić sobie z produkcją kilku wielkich obrazów, problemami gwiazd, życzeniami reżyserów i uporczywą prasą.  Pracując w trudnych czasach gdy sens kina stał pod znakiem zapytania, ze względu na telewizję, która zdobywała coraz większą popularność.  To nostalgiczne spojrzenie na Fabrykę Snów, pełną praktycznych dekoracji, wielkich historycznych produkcji bądź też roztańczonych musicali, w której studio opiekowało się swoimi gwiazdami, a producent mógł właściwie wszystko.  Spojrzenie nostalgiczne, ale trochę przedstawione w krzywym zwierciadle.  Podane z typowym dla Coenów czarnym humorem i paletą osobliwych postaci. Fanom ich twórczości zapewne przypadnie do gustu.

6/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017