W samym sercu morza / In the Heart of the Sea
"W samym sercu morza" jest filmową matrioszką, która opowiadając jedną historię, opowiada jeszcze jedną opowieść. To co znajduje się na wierzchu, to od czego rozpoczyna się ta produkcja, to historia powstania powieści "Moby Dick". Spojrzenie na jej autora i okres, który doprowadził go do stworzenia tego dzieła literatury. Tym co znajduje się głębiej, jest ponoć prawdziwa historia wyprawy statku Essex, który został zatopiony przez ogromnego, białego wieloryba. Jednak samo spotkanie z wielkim ssakiem jest tylko jej małym fragmentem, który wydarza się pomiędzy miesiącami jakie załoga spędziła na morzu, płynąc w kierunku miejsc połowu wielorybów, a tygodniami spędzonymi w łodziach ratunkowych, już po ataku stwora. Inaczej niż można by się było spodziewać, inaczej niż zapowiadały zwiastuny.
Jest w tym filmie taka scena, wydarza się właściwie na samym początku, w której jedna z postaci ma przystąpić do opowieści o feralnej wyprawie wielorybników, wyjawić całą prawdę na temat tego co się wtedy zdarzyło. Ile z plotek i pogłosek krążących wśród ludzi jest prawdziwych, a ile z nich to tylko ludzkie domysły. Jednak zanim rozpocznie swoją opowieść, uprzedza, że to co powie najprawdopodobniej rozczaruje słuchacza. I niestety to ostrzeżenie okazuje się być przestrogą również dla samego widza, który raczej nie wyjdzie w pełni usatysfakcjonowany z tego seansu. Seansu, który nie jest zły, nie jest tak nieudany jak o nim piszą, ale mógł być znacznie lepszy. "W samym sercu morza" okazuje się być bowiem obrazem zaskakująco nijakim i odtwórczym. Zlepkiem wątków i opowieści, które kiedyś, wcale nie tak dawno temu, były już przedstawione, nie rzadko w lepszym wydaniu. Mamy tu historię pisarza poszukującego inspiracji do swej nowej powieści, pewien sekret sprzed lat oczekujący odpowiedniego momentu by ujrzeć światło dzienne, opowieść o ludzkiej odwadze i sile przetrwania. Do tego dochodzi jeszcze konflikt charakterów i pochodzenia rozgrywający się pomiędzy niedoświadczonym kapitanem, a wywodzącym się z rodziny rolników pierwszym oficerem, który na morzu czuje się jak ryba w wodzie, ale którego nazwisko nic nie znaczy.
Ogólnie rzecz biorąc tę opowieść o dziewiętnastowiecznych wielorybnikach ogląda się całkiem dobrze, szczególnie na wielkim kinowym ekranie, ale nie wybija się ona ponad porządny, poprawny standard. Od Rona Howarda, twórcy "Apollo 13" oczekiwać można było jednak czegoś więcej, ponad porządnie zrealizowaną, efektowną historię. Rezultat jest taki, że seans tej produkcji mija raczej bezboleśnie, ale bywa przesadnie rozciągnięty, nudnawy i niewiele po nim pozostaje w pamięci. Bardzo negatywnie zaskakuje tu również przesadnie widoczny green screen, w scenach miejskich jak i morskich. Przedziwnie sztuczny, przetworzony obraz, który odpycha od istoty tego filmu. Przez to udziwnienie obrazu na nic zdają się bardzo ciekawe zabiegi z błyskawicznym montażem czy dokładnymi zbliżeniami na detale, które starają się nadać odpowiedniego dynamizmu scenom na morzu. Wtedy nie robią już one większego wrażenia, na niewiele się zdają.
6/10
Jest w tym filmie taka scena, wydarza się właściwie na samym początku, w której jedna z postaci ma przystąpić do opowieści o feralnej wyprawie wielorybników, wyjawić całą prawdę na temat tego co się wtedy zdarzyło. Ile z plotek i pogłosek krążących wśród ludzi jest prawdziwych, a ile z nich to tylko ludzkie domysły. Jednak zanim rozpocznie swoją opowieść, uprzedza, że to co powie najprawdopodobniej rozczaruje słuchacza. I niestety to ostrzeżenie okazuje się być przestrogą również dla samego widza, który raczej nie wyjdzie w pełni usatysfakcjonowany z tego seansu. Seansu, który nie jest zły, nie jest tak nieudany jak o nim piszą, ale mógł być znacznie lepszy. "W samym sercu morza" okazuje się być bowiem obrazem zaskakująco nijakim i odtwórczym. Zlepkiem wątków i opowieści, które kiedyś, wcale nie tak dawno temu, były już przedstawione, nie rzadko w lepszym wydaniu. Mamy tu historię pisarza poszukującego inspiracji do swej nowej powieści, pewien sekret sprzed lat oczekujący odpowiedniego momentu by ujrzeć światło dzienne, opowieść o ludzkiej odwadze i sile przetrwania. Do tego dochodzi jeszcze konflikt charakterów i pochodzenia rozgrywający się pomiędzy niedoświadczonym kapitanem, a wywodzącym się z rodziny rolników pierwszym oficerem, który na morzu czuje się jak ryba w wodzie, ale którego nazwisko nic nie znaczy.
Ogólnie rzecz biorąc tę opowieść o dziewiętnastowiecznych wielorybnikach ogląda się całkiem dobrze, szczególnie na wielkim kinowym ekranie, ale nie wybija się ona ponad porządny, poprawny standard. Od Rona Howarda, twórcy "Apollo 13" oczekiwać można było jednak czegoś więcej, ponad porządnie zrealizowaną, efektowną historię. Rezultat jest taki, że seans tej produkcji mija raczej bezboleśnie, ale bywa przesadnie rozciągnięty, nudnawy i niewiele po nim pozostaje w pamięci. Bardzo negatywnie zaskakuje tu również przesadnie widoczny green screen, w scenach miejskich jak i morskich. Przedziwnie sztuczny, przetworzony obraz, który odpycha od istoty tego filmu. Przez to udziwnienie obrazu na nic zdają się bardzo ciekawe zabiegi z błyskawicznym montażem czy dokładnymi zbliżeniami na detale, które starają się nadać odpowiedniego dynamizmu scenom na morzu. Wtedy nie robią już one większego wrażenia, na niewiele się zdają.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz