Makbet / Macbeth
Nie da się ukryć, że język sztuk Williama Szekspira do łatwych nie należy. Swoje robi ponad czterysta lat od powstania, jak również przekład z języka angielskiego. O ile jednak czytanie tych sztuk jest wykonalne dla każdego kto choć trochę przebywał w szkole - zawsze można zatrzymać się w trakcie czytania, przemyśleć, przetrawić, zastanowić się nad sensem słów pisanych - tak wykorzystywanie ich w filmie, żyjącym organizmie, który nie przystaje ani na chwilę, jest co najmniej ryzykowne. Na taką trudność porwał się reżyser Justin Kurzel i w usta bohaterów włożył Szekspirowski tekst. I niestety ucierpiał przez to bardzo jego film, gdyż choć dialogami jest dopasowany do czasów przedstawionych, staje się bardzo trudny w odbiorze, odległy, pozbawiony emocji.
Deklamowane dialogi, dawny sposób wysławiania się, powoduje, że film ten przybliża się do występu teatralnego, w którym aktorzy wzniośle wygłaszają swoje kwestie. Co więcej, co gorsze, i co jeszcze bardziej teatralne, na głos wypowiadają również swoje myśli, prowadząc przydługie monologi, objaśniające co im się kryje w głowach. Przez takie wierne podejście do tekstu, film ten oddala się od widza, prezentując przedstawienie, mające wielką trudność by wzbudzić jakiekolwiek emocje. Powstaje więc filmowa opowieść, którą można podziwiać, ale której się nie przeżywa.
To co zachwyca w "Makbecie" to przede wszystkim warstwa wizualna. Ten film po prostu wygląda niesamowicie. W lokacjach, nieziemskich widokach, pięknych kostiumach, dopracowanych dekoracjach, przemyślanych zdjęciach. Chwilami jakby odrealniony, chwilami modnie spowolniony, momentami specyficznie, kontrastowo nasycony mocnymi kolorami. Piękna pocztówka, która zachwyca swoim wyglądem, od której nie sposób oderwać oczu. Zachwycają również aktorzy, w pełni oddani swoim postaciom i grze. Fassbender jako Makbet, król z przepowiedni, który wpada w coraz to większy obłęd, oraz Marion Cotillard, która wciela się tutaj w trochę wygładzoną wersję Lady Makbet. Oboje starają się jak mogą by ożywić tę znaną historię, by wnieść w nią jak najwięcej emocji i świeżej interpretacji. Szkoda tylko, że filmowa sztuka na którą uparł się reżyser im to znacząco utrudnia.
6/10
Deklamowane dialogi, dawny sposób wysławiania się, powoduje, że film ten przybliża się do występu teatralnego, w którym aktorzy wzniośle wygłaszają swoje kwestie. Co więcej, co gorsze, i co jeszcze bardziej teatralne, na głos wypowiadają również swoje myśli, prowadząc przydługie monologi, objaśniające co im się kryje w głowach. Przez takie wierne podejście do tekstu, film ten oddala się od widza, prezentując przedstawienie, mające wielką trudność by wzbudzić jakiekolwiek emocje. Powstaje więc filmowa opowieść, którą można podziwiać, ale której się nie przeżywa.
To co zachwyca w "Makbecie" to przede wszystkim warstwa wizualna. Ten film po prostu wygląda niesamowicie. W lokacjach, nieziemskich widokach, pięknych kostiumach, dopracowanych dekoracjach, przemyślanych zdjęciach. Chwilami jakby odrealniony, chwilami modnie spowolniony, momentami specyficznie, kontrastowo nasycony mocnymi kolorami. Piękna pocztówka, która zachwyca swoim wyglądem, od której nie sposób oderwać oczu. Zachwycają również aktorzy, w pełni oddani swoim postaciom i grze. Fassbender jako Makbet, król z przepowiedni, który wpada w coraz to większy obłęd, oraz Marion Cotillard, która wciela się tutaj w trochę wygładzoną wersję Lady Makbet. Oboje starają się jak mogą by ożywić tę znaną historię, by wnieść w nią jak najwięcej emocji i świeżej interpretacji. Szkoda tylko, że filmowa sztuka na którą uparł się reżyser im to znacząco utrudnia.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz