Zabójczyni / Nie Yin Niang
Na początku tego stulecia, polskie jak i światowe kina przeżywały rozkwit filmów z gatunku wuxia. Filmów z Dalekiego Wschodu, które opowiadały o wojownikach zgłębiających tajniki sztuk walk w starożytnych Chinach. Przepiękne w formie produkcje, które w baśniowy sposób opowiadały dawne historie, ukazując bohaterów, którzy w zwiewnych strojach, fruwając w powietrzu, walczyli na śmierć i życie. A walka ta przypominała niezwykły taniec. Moda na tego typu produkcje rozpoczęła się od obsypanego nagrodami "Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka" Anga Lee. Później przyszedł czas na "Hero" , mój ulubiony, przepiękny "Dom latających sztyletów", oraz kilka innych, mniej znanych produkcji. Wszystkie te filmy były swego rodzaju blockbusterami. Wrażliwymi, dalekimi, wysmakowanymi. Jednak, w pewnym stopniu przefiltrowanymi przez Zachodni sposób odczuwania filmu. Stąd też tamte seanse do trudnych nie należały. Inaczej ma się rzecz z "Zabójczynią", która w porównaniu do tamtych produkcji jest kinem arthouse'owym.
"Zabójczyni" to film bardzo obcy. Zatopiony w dawnym czasie, w dawnej kulturze i wierzeniach. Niezwykle powolny, wyciszony i niespieszny. Niby historia miłosna, ale niezwykle oszczędna w gestach i emocjach. Niby opowieść o pojedynku, ale bardzo oszczędna w sceny walki. To historia tytułowej Zabójczyni, która zostaje wysłana do rodzinnej miejscowości, by zabić mężczyznę za którego swego czasu miała wyjść za mąż. Seans tego filmu wystawia widza na próbę. Przede wszystkim bardzo brakuje tu muzyki. Jej brak zdecydowanie nie ułatwia odbioru tego filmu. W takim "Domu latających sztyletów" muzyka nadawała energii tamtej opowieści, wydobywała ogromne pokłady emocji, które pozostawały w widzu na długo po seansie. W "Zabójczyni" muzykę zastępują odgłosy natury, szum wiatru, śpiew ptaków, cykanie świerszczy. Muzyka pojawia się dopiero przy napisach końcowych, będących najbardziej żywiołowym, emocjonującym momentem całego seansu. Filmu zdecydowanie niełatwego. W którym poczynania i decyzje bohaterów do jasnych nie należą, bo dzieli je od teraz i tu, tysiące kilometrów i lat.
5/10
"Zabójczyni" to film bardzo obcy. Zatopiony w dawnym czasie, w dawnej kulturze i wierzeniach. Niezwykle powolny, wyciszony i niespieszny. Niby historia miłosna, ale niezwykle oszczędna w gestach i emocjach. Niby opowieść o pojedynku, ale bardzo oszczędna w sceny walki. To historia tytułowej Zabójczyni, która zostaje wysłana do rodzinnej miejscowości, by zabić mężczyznę za którego swego czasu miała wyjść za mąż. Seans tego filmu wystawia widza na próbę. Przede wszystkim bardzo brakuje tu muzyki. Jej brak zdecydowanie nie ułatwia odbioru tego filmu. W takim "Domu latających sztyletów" muzyka nadawała energii tamtej opowieści, wydobywała ogromne pokłady emocji, które pozostawały w widzu na długo po seansie. W "Zabójczyni" muzykę zastępują odgłosy natury, szum wiatru, śpiew ptaków, cykanie świerszczy. Muzyka pojawia się dopiero przy napisach końcowych, będących najbardziej żywiołowym, emocjonującym momentem całego seansu. Filmu zdecydowanie niełatwego. W którym poczynania i decyzje bohaterów do jasnych nie należą, bo dzieli je od teraz i tu, tysiące kilometrów i lat.
5/10
Komentarze
Prześlij komentarz