Księga dżungli / The Jungle Book
Disney od pewnego czasu zaczął przenosić na wielki ekran dawne opowieści, dobrze znane bajki. Ożywia na nowo historie, które studio w przeszłości już raz opowiadało, ale wtedy w formie animacji. Teraz zyskują one formę filmów w których występują aktorzy. Tak ostatnio stało się z "Kopciuszkiem", który ożył za sprawą bardzo klasycznego filmu Kennetha Branagh, tak było i odrobinę wcześniej chociażby z "Czarownicą" czy "Alicją w krainie czarów", choć tamte produkcje odrobinę bardziej eksperymentowały z materiałem źródłowym. Tak jest i teraz, za sprawą Jona Favreau, który animowaną "Księgę dżungli" ożywia na ekranie za sprawą trójwymiarowej animacji, niezwykle dokładnie imitującej rzeczywistość. Komputerowa animacja sprawia wrażenie realnych krajobrazów, w których jedynym prawdziwym elementem jest debiutujący na ekranie Neel Sethi wcielający się w rolę Mowgliego. Towarzyszą mu wygenerowane w komputerze zwierzęta, odzywające się głosami Christophera Walkena, Bena Kingsleya, Idrisa Elby, Scarlett Johansson, Lupity Nyong'o i Billa Murraya.
To co przede wszystkim zachwyca w nowej "Księdze dżungli" to jej strona wizualna. Ten film wygląda po prostu nieziemsko. Dżungla jaką prezentują twórcy żyje, oddycha i sprawia wrażenie miejsca, które istnieje w rzeczywistości. I choć wygenerowana została w całości w komputerze, choć jest efektem ciężkiej pracy speców od efektów, ma się wrażenie, że każdy liść, każde drzewo, skała czy kropla wody jest prawdziwa. Totalnie zaciera się granica pomiędzy tym co została wygenerowane cyfrowo, a tym co dostępne było na planie w formie niewielkiej dekoracji, rekwizytu. I tylko domyślać się można jak niewiele z elementów, które widzimy w trakcie trwania seansu, faktycznie brało udział podczas realizacji tego obrazu, a ile z nich pojawiło się później, dopiero na ekranach komputerów. Niezwykłe osiągnięcie, szczególnie jeśli popatrzy się na zwierzęta, które gdyby nie to, że odzywają się ludzkim głosem, wyglądają na w pełni realne. Tak jak niezwykle przekonujący i realistyczny był tygrys z "Życia Pi", tak i tu wszyscy mieszkańcy dżungli, wyglądają na prawdziwych.
Sam film to takie trochę kino drogi, w którym mały Mowgli, spotykając na swojej drodze kolejnych zwierzęcych bohaterów, zmierza w pewne konkretne miejsce. Śledzi go i czyha na niego tygrys Shere Khan, którego jedynym celem jest zamordowane małego chłopca - nie toleruje bowiem obecności ludzkiego dziecka pośród mieszkańców dżungli. Całość zyskuje ogromny zastrzyk pozytywnej energii w drugiej połowie seansu, gdy na ekranie pojawia się miś Baloo genialnie dubbingowany przez Billa Murraya. Jest zabawnie, chwilami wzruszająco, a końcówka choć trochę nielogiczna i naciągana, potrafi przyspieszyć bicie serca. Piosenek nie ma prawie wcale, ot jedna w czasie zabawy z Baloo. Reszty można posłuchać w trakcie bardzo pomysłowych napisów końcowych. Nie spodziewałem się tego, ale seans na plus.
7/10
To co przede wszystkim zachwyca w nowej "Księdze dżungli" to jej strona wizualna. Ten film wygląda po prostu nieziemsko. Dżungla jaką prezentują twórcy żyje, oddycha i sprawia wrażenie miejsca, które istnieje w rzeczywistości. I choć wygenerowana została w całości w komputerze, choć jest efektem ciężkiej pracy speców od efektów, ma się wrażenie, że każdy liść, każde drzewo, skała czy kropla wody jest prawdziwa. Totalnie zaciera się granica pomiędzy tym co została wygenerowane cyfrowo, a tym co dostępne było na planie w formie niewielkiej dekoracji, rekwizytu. I tylko domyślać się można jak niewiele z elementów, które widzimy w trakcie trwania seansu, faktycznie brało udział podczas realizacji tego obrazu, a ile z nich pojawiło się później, dopiero na ekranach komputerów. Niezwykłe osiągnięcie, szczególnie jeśli popatrzy się na zwierzęta, które gdyby nie to, że odzywają się ludzkim głosem, wyglądają na w pełni realne. Tak jak niezwykle przekonujący i realistyczny był tygrys z "Życia Pi", tak i tu wszyscy mieszkańcy dżungli, wyglądają na prawdziwych.
Sam film to takie trochę kino drogi, w którym mały Mowgli, spotykając na swojej drodze kolejnych zwierzęcych bohaterów, zmierza w pewne konkretne miejsce. Śledzi go i czyha na niego tygrys Shere Khan, którego jedynym celem jest zamordowane małego chłopca - nie toleruje bowiem obecności ludzkiego dziecka pośród mieszkańców dżungli. Całość zyskuje ogromny zastrzyk pozytywnej energii w drugiej połowie seansu, gdy na ekranie pojawia się miś Baloo genialnie dubbingowany przez Billa Murraya. Jest zabawnie, chwilami wzruszająco, a końcówka choć trochę nielogiczna i naciągana, potrafi przyspieszyć bicie serca. Piosenek nie ma prawie wcale, ot jedna w czasie zabawy z Baloo. Reszty można posłuchać w trakcie bardzo pomysłowych napisów końcowych. Nie spodziewałem się tego, ale seans na plus.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz