Hardcore Henry / Hardcore

Henry budzi się w tajnym laboratorium.  Jest nagi, nie ma lewej nogi ani lewej ręki.  Nic nie pamięta.  Z przezroczystego pojemnika wypełnionego wodą wydostaje go pewna kobieta.  Wszczepia mu mechaniczne, brakujące kończyny i oznajmia, że jest jego żoną.  Uratowała go z rąk okrutnego Akana, który jak się wkrótce okaże posiada telekinetyczne moce.  Henry natomiast jest cyborgiem.  Tuż przed tym gdy kobieta oraz współpracujący z nią naukowcy mają zamiar wgrać głos bohatera, ośrodek zostaje zaatakowany, a Henry musi uciekać.  Od tej pory za cel postawi sobie dowiedzieć się kim tak naprawdę jest i jaka jest jego przeszłość, a także postara się odnaleźć swoją żonę, która została porwana przez Akana.  Oczywiście będzie musiał także powstrzymać jego niecny plan, bo przecież każdy złoczyńca z nadprzyrodzonymi mocami musi taki posiadać.

To co na pierwszy rzut oka jest niezwykłe w "Hardcore Henry", to punkt widzenia jaki obiera kamera.  To pierwszoosobowe spojrzenie na akcję.  Jesteśmy Henrym i wyłącznie jego oczami spoglądamy na ten filmowy świat alternatywnej rzeczywistości.  Samo to w kinie nie jest akurat niczym nowym, na przestrzeni lat zdarzały się tego typu produkcje, choć oczywiście do częstych nie należały.  Po raz pierwszy jednak takie pierwszoosobowe podejście do formy zostało wykorzystane w filmie akcji.  Ciekawe, innowacyjne podejście, które z początku bawi i zaskakuje, ale z czasem staje się męczące, generuje więcej problemów niż korzyści.  Ot ciekawostka, która może byłaby idealna na krótki metraż, ale w pełnym filmie staje się swoistą kulą u nogi.  Po pierwsze kamera trzęsie się niemiłosiernie i za każdym razem gdy bohater biegnie, walczy bądź ucieka, na ekranie widać tylko rozmazany, roztrzęsiony obraz, w którym bardzo łatwo się pogubić.  Samo to jeszcze nie byłoby niewybaczalne, w końcu niektóre współczesne filmy akcji również charakteryzują się błyskawicznym montażem i przesadnie rozchwianym obrazem.  Większym problemem staje się to, że film ten w scenach gdy bohater przemierza kolejne korytarze, bardziej przypomina grę komputerową niż prawdziwy film.  Te sceny są jakby żywcem wyjęte z ekranu komputerów.  Jedyna, podstawowa różnica polega na tym, że w grze gracz ma przyjemność kierowania bohaterem, a tutaj to aktywne uczestnictwo nie istnieje, zostaje zastąpione przez zwyczajną obserwację.  A przez to seans zamiast ekscytować, chwilami nuży i się dłuży.

"Hardcore Henry" jest jednak produkcją, która oferuje odrobinę więcej niż to co prezentował zwiastun, zdradzał opis fabuły.  To obraz, który ma w zanadrzu kilka ciekawych zwrotów akcji, kilka niespodzianek i zaskoczeń.  Historyjka jest ciekawa i choć dąży w znanym kierunku, stara się po drodze trochę urozmaicić ten schemat.  Świetnie wypada tutaj na przykład humor, który podany jest w zaskakująco sporej dawce.  Zabawne komentarze, odniesienia do innych produkcji, komiczne sytuacje, absurdalne pomysły (musicalowy występ), czy nawet muzyczny komentarz z piosenkami dobranymi tak, aby stanowiły powód do śmiechu.  To wszystko powoduje, że ten rosyjski film staje się zaskakująco lekki i przyjemny.  Całość zostaje wzięta w ogromny nawias umowności, i tylko w taki sposób powinna być traktowana.  A wisienką na torcie okazuje się Sharlto Copley w roli Jimmiego, który nieustannie powraca w odmiennych wcieleniach.  Zabawna postać, której wielokrotność zostaje całkiem sprytnie wytłumaczona.  A Sharlto kolejny raz udowadnia, że jest aktorem idealnie nadającym się do zadań specjalnych.

6/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017