Opowieść o miłości i mroku / A Tale of Love and Darkness
Jest w tym filmie taka scena, która niejako definiuje całą tę produkcję. Jedna z pierwszych w całym seansie. Scena subtelna, niby niewinna, ale w zderzeniu z monologiem płynącym z offu, mrożąca krew w żyłach. Szokująca w swoim pozornym spokoju. Narrator, mówiąc o głównej bohaterce, wspomina jej młodzieńcze lata. Dorastała w niewielkiej miejscowości Rovno znajdującej się na terenach dzisiejszej Ukrainy. Dorastała w atmosferze strachu, narastającego nacjonalizmu i antysemityzmu. W czasie jego opowieści na ekranie przewijają się piękne obrazy. Ostatnim z nich jest przedziwny las, ogromne drzewo i falująca pod naporem wiatru roślinność. Baśniowy krajobraz skąpany w niebywałych kolorach. Zieleni, granacie i fiolecie rosnących bujnie kwiatów. I wtem obraz zamiera w bezruchu, delikatna muzyka całkiem cichnie. A narrator mówi o dwudziestu trzech tysiącach Żydów wymordowanych jednego dnia, wszystkich znajomych i przyjaciołach bohaterki. Spokój, piękno formy momentalnie zderza się z brutalnością rzeczywistości. Baśniowy klimat, poetyckość kontra horror bolesnej historii.
"Opowieść o miłości i mroku" jest filmem wspomnieniem. Produkcją, która sama w sobie jest jedną, wielką retrospekcją, prowadzoną, opowiadaną przez narratora, dorosłego już bohatera, który przypomina sobie czasy młodości. Wyrywkowo wspomina konkretne chwile, ważniejsze wydarzenia, momenty, które wryły mu się w pamięć. Jerozolima, rok 1945, rok 1947. Wspomina przede wszystkim swoich rodziców. Ojca, wrażliwego, czułego pisarza, który zafascynowany słowami, ich pochodzeniem, wielokrotnie wyjaśniał młodemu bohaterowi ich znaczenie, powiązania jednych z drugimi. Starał się objaśniać świat, jego istotę pojedynczymi wyrazami. Bohater wspomina również matkę, fantastycznie zagraną przez Natalie Portman. Kobietę, która w pewnym momencie swego życia, po latach przeżytych w strachu, niepewności jutra, straciła siłę do życia. Kobietę, która w swoim synu widziała i ceniła niewinność, dobro. Która od zawsze opowiadała historie, wspominała przeszłość, by poprzez swoje baśni uczyć chłopca życia, wskazywać co dobre, a co złe, co właściwe, a co nie. By uwrażliwić go na złożoność tego świata, i jego różne przejawy. I tak film ten przyjmuje formę przeplatających się wspomnień, dygresji, scen przypominających dawne czasy, pojedyncze momenty. Rezygnując z typowej akcji.
Debiut reżyserski Natalie Portman to wyciszone, melancholijne doświadczenie. Coś więcej niż film. To przepełnione emocjami przeżycie, które jak na debiut zdaje się być dziełem wyjątkowo dojrzałym i przemyślanym. Z pewnością w dużej mierze dzięki źródle, powieści Amosa Oza na podstawie, której zostało nakręcone. Co ważne jednak, ożywiając tę opowieść Portman podchodzi do niej z poszanowaniem, starając się godnie ubrać ją w filmową formę. "Opowieści o miłości i mroku" są produkcją, która tak jak i jej tytuł łączy przeciwstawne uczucia i stany. Smutek i zachwyt, strach i spokój. Produkcją, która nie bagatelizuje wojny, śmierci, straty, ale nie epatuje nimi na siłę. Ukrywa przed oczami widzów bezpośrednie okrucieństwo, ale sugeruje je na tyle dokładnie, że w efekcie przekaz staje się mocniejszy, od nieprzedstawionego obrazu. To opowieść, która w delikatny, ale dosadny sposób porusza temat rodzącego się po wojnie państwa Izrael, trwającego po dziś dzień konfliktu izraelsko - arabskiego, ludzkiego pragnienia normalnego, spokojnego życia. Opowieść o zagubieniu, miłości, nadziei i rozczarowaniu jakie przynosi życie i dorosłość.
8/10
"Opowieść o miłości i mroku" jest filmem wspomnieniem. Produkcją, która sama w sobie jest jedną, wielką retrospekcją, prowadzoną, opowiadaną przez narratora, dorosłego już bohatera, który przypomina sobie czasy młodości. Wyrywkowo wspomina konkretne chwile, ważniejsze wydarzenia, momenty, które wryły mu się w pamięć. Jerozolima, rok 1945, rok 1947. Wspomina przede wszystkim swoich rodziców. Ojca, wrażliwego, czułego pisarza, który zafascynowany słowami, ich pochodzeniem, wielokrotnie wyjaśniał młodemu bohaterowi ich znaczenie, powiązania jednych z drugimi. Starał się objaśniać świat, jego istotę pojedynczymi wyrazami. Bohater wspomina również matkę, fantastycznie zagraną przez Natalie Portman. Kobietę, która w pewnym momencie swego życia, po latach przeżytych w strachu, niepewności jutra, straciła siłę do życia. Kobietę, która w swoim synu widziała i ceniła niewinność, dobro. Która od zawsze opowiadała historie, wspominała przeszłość, by poprzez swoje baśni uczyć chłopca życia, wskazywać co dobre, a co złe, co właściwe, a co nie. By uwrażliwić go na złożoność tego świata, i jego różne przejawy. I tak film ten przyjmuje formę przeplatających się wspomnień, dygresji, scen przypominających dawne czasy, pojedyncze momenty. Rezygnując z typowej akcji.
Debiut reżyserski Natalie Portman to wyciszone, melancholijne doświadczenie. Coś więcej niż film. To przepełnione emocjami przeżycie, które jak na debiut zdaje się być dziełem wyjątkowo dojrzałym i przemyślanym. Z pewnością w dużej mierze dzięki źródle, powieści Amosa Oza na podstawie, której zostało nakręcone. Co ważne jednak, ożywiając tę opowieść Portman podchodzi do niej z poszanowaniem, starając się godnie ubrać ją w filmową formę. "Opowieści o miłości i mroku" są produkcją, która tak jak i jej tytuł łączy przeciwstawne uczucia i stany. Smutek i zachwyt, strach i spokój. Produkcją, która nie bagatelizuje wojny, śmierci, straty, ale nie epatuje nimi na siłę. Ukrywa przed oczami widzów bezpośrednie okrucieństwo, ale sugeruje je na tyle dokładnie, że w efekcie przekaz staje się mocniejszy, od nieprzedstawionego obrazu. To opowieść, która w delikatny, ale dosadny sposób porusza temat rodzącego się po wojnie państwa Izrael, trwającego po dziś dzień konfliktu izraelsko - arabskiego, ludzkiego pragnienia normalnego, spokojnego życia. Opowieść o zagubieniu, miłości, nadziei i rozczarowaniu jakie przynosi życie i dorosłość.
8/10
Komentarze
Prześlij komentarz