Mad Max
Świat niedalekiej przyszłości. Przysłowiowe nigdzie i kilometry dróg ciągnących się przez australijskie pustkowia. Patrolują je policjanci jeżdżący w nowoczesnych radiowozach przypominających samochody wyścigowe. Ubrani niczym Harleyowcy w czarne, obcisłe skóry, pędzą na złamanie karku, rozwijając zabójcze prędkości, ścigając wariatów drogowych, przestępców i motocyklowe gangi. Jednym z policjantów jest Max, młody, przystojny mężczyzna, szczęśliwie żyjący ze swoją kobietą, oraz kilkuletnim synkiem. Ma bzika na punkcie szybkich aut, jest fantastycznym kierowcą, milczącym i skutecznym stróżem prawa. Pech chce, że w okolicy patrolowanej przez Maxa zaczyna grasować gang szalonych motocyklistów. Ścigają przypadkowe samochody, zabijają mężczyzn, gwałcą kobiety, za nic mają jakiekolwiek prawo czy porządek. Po którymś incydencie Max wypowiada wojnę motocyklistom, zrobi wszystko by ich powstrzymać.
Nie da się ukryć, że ząb czasu całkiem dotkliwie nadgryzł ten film. Nie ma się jednak co dziwić, skoro od premiery upłynęło już ponad trzydzieści lat, a produkcja George'a Millera była filmem realizowanym za śmieszne (nawet jak na tamte czasy) pieniądze. Stąd wielokrotnie ma się wrażenie, że "Mad Max" jest bardziej taką wprawką przed właściwym filmem, projektem zrealizowanym na próbę, by przedstawić ogólny pomysł, pokazać możliwości płynące z opowiadanej historii, by zachęcić do realizacji pełnoprawnego filmu. Lepiej nakręconego, lepiej zagranego, z większym budżetem, możliwościami. W obecnej formie, szczególnie po tylu latach od pierwszego pokazu, jest on filmem nudnym, chaotycznym, niezorganizowanym. To produkcja w której tkwił ogromny potencjał, ale w takiej formie nie został on odpowiednio spożytkowany. Każda scena zdaje się być osobna, nie czuć by ta historia do czegoś dążyła, nie czuć jasno określonego celu, do którego zmierzałaby rozpędzona akcja. Sam świat przedstawiony jest również mocno chaotyczny, to takie pomieszanie ówczesnej teraźniejszości z wyobrażeniem przyszłości, oraz światem Dzikiego Zachodu. Przedziwny mix.
U podstaw "Mad Maxa" stoi fascynacja szybkimi samochodami, wielkimi motorami, rykiem silników, piskiem opon i zawrotną prędkością rozwijaną przez szalonych kierowców. Stąd liczne zbliżenia na maszyny napędzane końmi mechanicznymi, dym spod trących o asfalt opon, przyspieszone ujęcia rozpędzonych aut. Nie ważne, że montaż utrudnia zorientowanie się w tym co się dzieje, nie ważne, że ujęcia nie są tak spektakularne jak mogłyby być - najważniejszy pozostaje pomysł. Pędzące samochody i bohater - policjant, który stał się mścicielem. Jak mówi w jeden ze scen, bardzo cienka granica dzieli bowiem dobro od zła, stróży prawa od grasującego gangu. Jest nią tylko metalowa odznaka, którą noszą Ci pierwsi. I szkoda, że dwa pierwsze akty "Mad Maxa" są tak przesadnie wydłużone i film ten tak naprawdę rozkręca się na dobre dopiero pod koniec, na kilkanaście minut przed gwałtownym finałem, po którym ten obraz ot tak po prostu się kończy.
6/10
Nie da się ukryć, że ząb czasu całkiem dotkliwie nadgryzł ten film. Nie ma się jednak co dziwić, skoro od premiery upłynęło już ponad trzydzieści lat, a produkcja George'a Millera była filmem realizowanym za śmieszne (nawet jak na tamte czasy) pieniądze. Stąd wielokrotnie ma się wrażenie, że "Mad Max" jest bardziej taką wprawką przed właściwym filmem, projektem zrealizowanym na próbę, by przedstawić ogólny pomysł, pokazać możliwości płynące z opowiadanej historii, by zachęcić do realizacji pełnoprawnego filmu. Lepiej nakręconego, lepiej zagranego, z większym budżetem, możliwościami. W obecnej formie, szczególnie po tylu latach od pierwszego pokazu, jest on filmem nudnym, chaotycznym, niezorganizowanym. To produkcja w której tkwił ogromny potencjał, ale w takiej formie nie został on odpowiednio spożytkowany. Każda scena zdaje się być osobna, nie czuć by ta historia do czegoś dążyła, nie czuć jasno określonego celu, do którego zmierzałaby rozpędzona akcja. Sam świat przedstawiony jest również mocno chaotyczny, to takie pomieszanie ówczesnej teraźniejszości z wyobrażeniem przyszłości, oraz światem Dzikiego Zachodu. Przedziwny mix.
U podstaw "Mad Maxa" stoi fascynacja szybkimi samochodami, wielkimi motorami, rykiem silników, piskiem opon i zawrotną prędkością rozwijaną przez szalonych kierowców. Stąd liczne zbliżenia na maszyny napędzane końmi mechanicznymi, dym spod trących o asfalt opon, przyspieszone ujęcia rozpędzonych aut. Nie ważne, że montaż utrudnia zorientowanie się w tym co się dzieje, nie ważne, że ujęcia nie są tak spektakularne jak mogłyby być - najważniejszy pozostaje pomysł. Pędzące samochody i bohater - policjant, który stał się mścicielem. Jak mówi w jeden ze scen, bardzo cienka granica dzieli bowiem dobro od zła, stróży prawa od grasującego gangu. Jest nią tylko metalowa odznaka, którą noszą Ci pierwsi. I szkoda, że dwa pierwsze akty "Mad Maxa" są tak przesadnie wydłużone i film ten tak naprawdę rozkręca się na dobre dopiero pod koniec, na kilkanaście minut przed gwałtownym finałem, po którym ten obraz ot tak po prostu się kończy.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz