Dwa dni, jedna noc / Deux jours, une nuit
Sandra właśnie wychodzi z depresji, na którą cierpiała od pewnego czasu. Czuje się już znacznie lepiej, ma siłę by znów wrócić do normalnego życia. W powrocie do zdrowia bardzo pomagają jej dzieci oraz wspierający ją mąż. Jednak, gdy wszystko zaczyna się powoli układać, kobieta dowiaduje się, że w firmie produkującej panele słoneczne, w której pracowała przed zwolnieniem, urządzono wśród pracowników głosowanie. Mieli oni w piątek zdecydować czy chcą aby Sandra powróciła do pracy, czy wolą otrzymać po tysiąc euro premii. Za kobietą głosowały tylko dwie osoby z szesnastu. Sandra jest zrozpaczona, ale pojawia się iskierka nadziei. Ponieważ (podobno) część pracowników była zastraszana, w poniedziałek odbędzie się ponowne głosowanie, tym razem tajne. Bohaterka ma więc weekend na to aby przekonać współpracowników do tego by zrezygnowali z premii i zagłosowali za jej powrotem do pracy.
"Dwa dni, jedna noc" to bardzo niepozorny film. Wycinek z rzeczywistości. Pozbawione muzyki, filmowych ozdobników, podglądanie zwykłej codzienności. Spojrzenie na sytuację tak niepozorną, że z początku zdaje się być zbyt mała by napędzić cały, długometrażowy obraz. Ten składa się z krótkich, w większości bliźniaczo podobnych scen, w których Sandra odwiedza kolejne osoby z pracy, prosząc o ich głos. Te rozmowy najczęściej są spokojne, właściwie prócz jednej, gdy pięści na moment idą w ruch. Nie ma w nich histerii, kłótni, wylewu niekontrolowanych emocji. Cały dramat tej historii odbywa się pod powierzchnią, wewnątrz bohaterki, która tłumi w sobie emocje, stara się nie rozkleić, co też sobie w kółko powtarza, by zmotywować się do działania, by udźwignąć ciężar sytuacji. Prowadzi walkę z codziennością, trudami nowoczesnego, zachodniego świata. Jeśli Sandra straci pracę, jej rodzina nie będzie miała na kredyt na mieszkanie. Jeśli pracownicy nie otrzymają premii na którą liczyli, również coś stracą, a dla wielu, ten dodatkowy zastrzyk gotówki jest jak manna z nieba.
Bardzo długa była droga tego filmu na polskie ekrany. Zrobiło się o nim głośno po projekcji w Cannes, i już wtedy, ponad pół roku temu, obraz ten miał zagościć w polskich kinach. Później jednak premiera była wielokrotnie przesuwana w czasie. I w sumie chyba tylko nominacja do Oscara dla Marion Cotillard za najlepszą aktorkę pierwszoplanową, zdecydowała ostatecznie, że film ten otrzymał polską premierę (tego szczęścia najprawdopodobniej nie będzie mieć natomiast "Still Alice" z Oscarową Julianne Moore). Z jednej strony tak długa droga tej produkcji na nasze ekrany nie dziwi. "Dwa dni, jedna noc" to bowiem bardzo spokojny, niepozorny film, który z pewnością nie przyciągnie tłumów. Z drugiej jednak strony, to ciekawe, trochę inne kino, które dobrze zobaczyć, szczególnie dla Cotillard. Bo choć z pewnością nie jest to najlepsza rola w jej karierze, to ona dźwiga ten film. Świetnie wygrywa wewnętrzną walkę bohaterki, emocjonalne wzloty i upadki, chwile słabości i zrywy odwagi. Jest niezwykle naturalna przy stresie pierwszych rozmów, które odbiera jako żebranie o pracę, aż po te ostatnie rozmowy, pertraktacje na chwile tuż przed głosowaniem. Przekonująco ukazuje drogę jaką fizycznie i psychicznie musi przejść jej bohaterka przez tytułowe dwa dni i jedną noc, walcząc o swoje. Ciekawy kawałek kina.
7/10
"Dwa dni, jedna noc" to bardzo niepozorny film. Wycinek z rzeczywistości. Pozbawione muzyki, filmowych ozdobników, podglądanie zwykłej codzienności. Spojrzenie na sytuację tak niepozorną, że z początku zdaje się być zbyt mała by napędzić cały, długometrażowy obraz. Ten składa się z krótkich, w większości bliźniaczo podobnych scen, w których Sandra odwiedza kolejne osoby z pracy, prosząc o ich głos. Te rozmowy najczęściej są spokojne, właściwie prócz jednej, gdy pięści na moment idą w ruch. Nie ma w nich histerii, kłótni, wylewu niekontrolowanych emocji. Cały dramat tej historii odbywa się pod powierzchnią, wewnątrz bohaterki, która tłumi w sobie emocje, stara się nie rozkleić, co też sobie w kółko powtarza, by zmotywować się do działania, by udźwignąć ciężar sytuacji. Prowadzi walkę z codziennością, trudami nowoczesnego, zachodniego świata. Jeśli Sandra straci pracę, jej rodzina nie będzie miała na kredyt na mieszkanie. Jeśli pracownicy nie otrzymają premii na którą liczyli, również coś stracą, a dla wielu, ten dodatkowy zastrzyk gotówki jest jak manna z nieba.
Bardzo długa była droga tego filmu na polskie ekrany. Zrobiło się o nim głośno po projekcji w Cannes, i już wtedy, ponad pół roku temu, obraz ten miał zagościć w polskich kinach. Później jednak premiera była wielokrotnie przesuwana w czasie. I w sumie chyba tylko nominacja do Oscara dla Marion Cotillard za najlepszą aktorkę pierwszoplanową, zdecydowała ostatecznie, że film ten otrzymał polską premierę (tego szczęścia najprawdopodobniej nie będzie mieć natomiast "Still Alice" z Oscarową Julianne Moore). Z jednej strony tak długa droga tej produkcji na nasze ekrany nie dziwi. "Dwa dni, jedna noc" to bowiem bardzo spokojny, niepozorny film, który z pewnością nie przyciągnie tłumów. Z drugiej jednak strony, to ciekawe, trochę inne kino, które dobrze zobaczyć, szczególnie dla Cotillard. Bo choć z pewnością nie jest to najlepsza rola w jej karierze, to ona dźwiga ten film. Świetnie wygrywa wewnętrzną walkę bohaterki, emocjonalne wzloty i upadki, chwile słabości i zrywy odwagi. Jest niezwykle naturalna przy stresie pierwszych rozmów, które odbiera jako żebranie o pracę, aż po te ostatnie rozmowy, pertraktacje na chwile tuż przed głosowaniem. Przekonująco ukazuje drogę jaką fizycznie i psychicznie musi przejść jej bohaterka przez tytułowe dwa dni i jedną noc, walcząc o swoje. Ciekawy kawałek kina.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz