Wielkie oczy / Big eyes
Tim Burton, twórca tak zanych i pokręconych filmów jak "Edward Nożycoręki" czy "Sok z Żuka" od kilku lat sprawiał wrażenie reżysera zagubionego. Jego ostatnie dokonania jak "Alicja w krainie czarów" lub "Mroczne cienie" choć nie były pozbawione niezwykłych postaci, zwariowanych pomysłów, zdawały się być jedynie imitacją jego twórczości. Jakby fan reżysera zdecydował się zrealizować film w jego charakterze, ale ponieważ nie był nim, nakręcił tylko marną kopię, niewyraźną podróbkę, cień wielkiego talentu. Brakowało tamtym obrazom duszy, tej wyjątkowej iskry jaka wyróżniała jego wcześniejsze filmy. "Wielkimi oczami" Burton powraca wreszcie do dobrej formy. Jednocześnie kręcąc jedną z najbardziej normalnych opowieści w swojej długiej karierze. Bo oprócz kilku scen w których zwidy bohaterki wkraczają w codzienną rzeczywistość (widzi ludzi z nienaturalnie wielkimi oczami), reszta jest jak najbardziej normalnym obrazem, bez żadnych udziwnień charakterystycznych dla reżysera.
"Wielkie oczy" opowiadają prawdziwą historię jaka przydarzyła się Margaret Doris Hawkins. Historię wieloletniego kłamstwa w którym przyszło jej żyć i najgorszego koszmaru dla każdego twórcy - przywłaszczenia jego twórczości. Co gorsze, przez osobę jej najbliższą - męża. Rzecz dzieje się w późnych latach pięćdziesiątych w Ameryce, wspaniałym czasie dla meżczyzn ale niekoniecznie dobrym dla kobiet, jak to w pierwszych scenach oznajmia narrator. Margaret maluje specyficzne obrazy z małymi dziewczynkami o nieproporcjonalnie wielkich oczach. Jako samotna matka ledwo wiąże koniec z końcem. Po przeprowadzce do San Francisco szybko wychodzi za mąż za Waltera Keane'a, który pracuje jako pośrednik nieruchomości, ale w wolnym czasie maluje, przede wszystkim paryskie uliczki. Oboje chcieliby aby ich sztuka docierała do szerszego odbiorcy. Walter stara się sprzedawać ich obrazy, niestety dla niego Wielkie Oczy podobają się bardziej od jego uliczek. Któregoś razu przypadkowo zostaje wzięty za autora tych pierwszych. Nie prostuje jednak sytuacji. I tak powstaje kłamstwo, które od tej pory już tylko rośnie. Obrazy biednych dzieci sprzedają się coraz lepiej, Keane zaczyna udzielać coraz więcej wywiadów, występować w telewizji, przypisując sobie twórczość swojej żony. A ta biernie zgadza się na kłamstwo.
Obraz ten skupia się więc na rozwoju kariery fałszywego malarza i dramacie jego żony, której odbierana jest jej twórczość i uznanie. Układ jest prosty. Ona maluje, on sprzedaje obrazy pod swoim nazwiskiem. Układ, który trwa latami. I w sumie najważniejsze i najciekawsze jest pytanie, które jest nieustannie obecne w czasie seansu - co musi się takiego stać, żeby Margaret wreszcie upomniała się o swoje? Oglądając pławiącego się w sławie i luksusie oszusta zastanawiamy się co będzie tym przełomowym momentem, po którym bohaterka zacznie walczyć, upomni się o swoją własność. Bo to, że się to zdarzy, jest pewne od początku (inaczej nie byłoby przecież filmu). Ten moment w końcu następuje, szkoda jednak tylko, że tak późno. Szkoda również, że Christoph Waltz gra swojego bohatera tak przesadnie, wręcz karykaturalnie. Być może rzeczywiście taki był Keane, nadekspresyjny sprzedawca, ale jego postać na ekranie wypada okrutnie sztucznie. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że Waltz nadal nie zrzucił maski, którą przywdział sześć lat temu w "Bękartach wojny" i stale odgrywa tego samego bohatera, tylko w innych wcieleniach. Szkoda, bo sama Amy Adams (jak zwykle fantastyczna) nie jest w stanie udźwignąć tego po prostu dobrego filmu. Gdyby nie Waltz, gdyby nie brak poważnego przeciwnika w tej walce o prawo do własnej twórczości, obraz ten byłby znacznie lepszy.
7/10
"Wielkie oczy" opowiadają prawdziwą historię jaka przydarzyła się Margaret Doris Hawkins. Historię wieloletniego kłamstwa w którym przyszło jej żyć i najgorszego koszmaru dla każdego twórcy - przywłaszczenia jego twórczości. Co gorsze, przez osobę jej najbliższą - męża. Rzecz dzieje się w późnych latach pięćdziesiątych w Ameryce, wspaniałym czasie dla meżczyzn ale niekoniecznie dobrym dla kobiet, jak to w pierwszych scenach oznajmia narrator. Margaret maluje specyficzne obrazy z małymi dziewczynkami o nieproporcjonalnie wielkich oczach. Jako samotna matka ledwo wiąże koniec z końcem. Po przeprowadzce do San Francisco szybko wychodzi za mąż za Waltera Keane'a, który pracuje jako pośrednik nieruchomości, ale w wolnym czasie maluje, przede wszystkim paryskie uliczki. Oboje chcieliby aby ich sztuka docierała do szerszego odbiorcy. Walter stara się sprzedawać ich obrazy, niestety dla niego Wielkie Oczy podobają się bardziej od jego uliczek. Któregoś razu przypadkowo zostaje wzięty za autora tych pierwszych. Nie prostuje jednak sytuacji. I tak powstaje kłamstwo, które od tej pory już tylko rośnie. Obrazy biednych dzieci sprzedają się coraz lepiej, Keane zaczyna udzielać coraz więcej wywiadów, występować w telewizji, przypisując sobie twórczość swojej żony. A ta biernie zgadza się na kłamstwo.
Obraz ten skupia się więc na rozwoju kariery fałszywego malarza i dramacie jego żony, której odbierana jest jej twórczość i uznanie. Układ jest prosty. Ona maluje, on sprzedaje obrazy pod swoim nazwiskiem. Układ, który trwa latami. I w sumie najważniejsze i najciekawsze jest pytanie, które jest nieustannie obecne w czasie seansu - co musi się takiego stać, żeby Margaret wreszcie upomniała się o swoje? Oglądając pławiącego się w sławie i luksusie oszusta zastanawiamy się co będzie tym przełomowym momentem, po którym bohaterka zacznie walczyć, upomni się o swoją własność. Bo to, że się to zdarzy, jest pewne od początku (inaczej nie byłoby przecież filmu). Ten moment w końcu następuje, szkoda jednak tylko, że tak późno. Szkoda również, że Christoph Waltz gra swojego bohatera tak przesadnie, wręcz karykaturalnie. Być może rzeczywiście taki był Keane, nadekspresyjny sprzedawca, ale jego postać na ekranie wypada okrutnie sztucznie. Poza tym mam nieodparte wrażenie, że Waltz nadal nie zrzucił maski, którą przywdział sześć lat temu w "Bękartach wojny" i stale odgrywa tego samego bohatera, tylko w innych wcieleniach. Szkoda, bo sama Amy Adams (jak zwykle fantastyczna) nie jest w stanie udźwignąć tego po prostu dobrego filmu. Gdyby nie Waltz, gdyby nie brak poważnego przeciwnika w tej walce o prawo do własnej twórczości, obraz ten byłby znacznie lepszy.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz