Sędzia / The Judge

Uwielbiam takie pozytywne zaskoczenia.  Nie przypuszczałem, że będzie to tak udany seans.  "Sędzia" zapowiadał się bowiem na totalnie letni obraz, jeden z tych nijakich filmów, niedzielnych zapychaczy telewizyjnej ramówki.  Albo jak jedna z tych nieciekawych produkcji skrojonych prosto pod Oscary.  Dobrzy aktorzy i wielkie zdania imitujące głęboką treść.  Niezwykle miło było się więc w kinie zaskoczyć, i przekonać, że ten film taki nie jest.  To zabawne, ciepłe, mądre, wzruszające kino.  Sprawnie opowiedziana, świetna zagrana historia, która wciąga i porusza, choć teoretycznie niczym szczególnym się nie wyróżnia, choć składa się ze znanych i wykorzystywanych po wielokroć wątków.  Film, który porusza, choć nie od początku.  Tak gdzieś od połowy, jak nawet nie później, z każdą kolejną sceną okazuje się coraz ciekawszy i coraz lepszy.  Początkowo bowiem trochę trudno się do niego przekonać, wczuć.

To aktorzy tworzą ten obraz.  To oni są jego najsilniejszym elementem.  To dzięki nim schematy, fabularne klisze nabierają nowego życia, nie wydają się być nudnym banałem.  Bo choć produkcja ta wali schematami na lewo i prawo, dzięki aktorom przestaje się zwracać uwagę na te zapożyczenia i z zainteresowaniem przeżywa prowadzoną tu opowieść o rodzinnym pojednaniu i konfrontowaniu z bolesną przeszłością. Pierwsze skrzypce grają tu oczywiście Robert Duvall jako srogi ojciec i sędzia z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem, który zostaje oskarżony o morderstwo, oraz Rober Downey Jr. jako jego syn, powracający do rodzinnego domu po latach, wybitny prawnik, próbujący go wybronić.  Fantastyczne role, niezwykle silne dwa charaktery, których konfrontacje tryskają od emocji.  Co ciekawe jednak więcej napięcia towarzyszy scenom rozgrywającym się poza salą sądową, choć zdawać by się mogło, że to proces będzie przywoływać najwięcej emocji.

"Sędzia" jest gorzko słodką opowieścią o rozprawianiu się z rodzinną, bolesną przeszłością.  Stawaniu twarzą twarz z dawnymi wspomnieniami, trudnymi wyborami, które ukształtowały teraźniejszość.  O zdawać by się mogło właściwych decyzjach, które jednak w zależności od punktu widzenia okazują się być przeciwstawnie: chybione i dobre.  O trudach ojcostwa, i wyzwaniach jakie życie stawia przed rodzinami.  O powrotach do miejsc z dzieciństwa, próbach odnawiania utraconych relacji, z przyjaciółmi, rodzicami. O potrzebie akceptacji, dobrego słowa, docenienia, zauważenia, tak ważnych dla każdego człowieka.  To wielowątkowa opowieść, która suma sum mogłaby być odrobinę krótsza.  Chociażby o wątek przyjaciółki głównego bohatera ze szkolnych lat, który jakby nie patrzeć, mógłby zostać w całości wycięty, i nikt by jego braku nie zauważył.  Poboczna historia, która owszem oferuje kilka zabawniejszych scen, ale w gruncie rzeczy nie wpływa ani trochę na przebieg głównego wątku i niewiele wnosi do całości.  Taki trochę dodatek na doczepkę.  Choć Verę Farmigę na ekranie zobaczyć zawsze miło.

8/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017