8.AAFF / Tańczący Arabowie / Czarny węgiel, kruchy lód


Tańczący Arabowie | Dancing Arabs | dramat | Izrael, Niemcy, Francja | 2014
reż. Eran Riklis | scen. Sayed Kashua

(7/10)

Po serii trudnych, przygnębiających, przytłaczających wręcz produkcji, dobrze było obejrzeć na festiwalu film lekki, przyjemny, zabawny, co nie oznacza wcale, że niepoważny.  Takim obrazem okazał się być "Tańczący Arabowie", który swoją akcję rozpoczyna na początku lat 80. ubiegłego wieku w Izraelu.  Państwie w którym prawie 20% populacji stanowią Arabowie.  Jednym z nich jest Eyad, kilkuletni chłopak, który mieszka w sporym domu wraz z rodzicami, dwójką braci i wiekową babcią.  Kilka lat później, gdy podrośnie, dostanie się do najlepszej szkoły w całym kraju.  W kilkunastoosobowej klasie będzie jedynym Arabem.

Ten przesympatyczny film w zabawny, lekki sposób podchodzi do niezwykle trudnego tematu, który swego rozwiązania nie może znaleźć od wielu lat.  Nie lekceważy go, nie umniejsza, tylko stara się spojrzeć z innego, bardziej pozytywnego punktu widzenia.  Poprzez jednostkę, rodzinę, nie ogół.  Wszelkie różnice między Arabami a Żydami, w sposobie życia, postrzegania, w przekonaniach, wierzeniach są tu powodem do żartów i zabawnych scen.  Humor wypływa z różnic, z odmiennych punktów widzenia, nawarstwionych przekonań, uprzedzeń, stereotypów.  Szczególnie sporo udaje się go wykrzesać w pierwszej części tej opowieści, poświęconej dzieciństwu głównego bohatera.  Wtedy te kontrastujące poglądy przefiltrowane przez dziecięce postrzeganie rzeczywistości nabierają szczególnego komizmu ("przyszedłem ze swoim Żydem", "mój tata jest terrorystą").  Później gdy historia oddala się w przyszłość tego humoru wypływającego z różnic jest niestety odrobinę mniej. 

"Tańczący Arabowie" jest filmem ukazującym różnice ale jednocześnie wyszukującym wspólne płaszczyzny.  Widać to już w napisach początkowych, pisanych jednocześnie w trzech językach - angielskim, arabskim i hebrajskim.  Tak różne, ale znaczące zupełnie to samo.  Wspólne są chociażby młodość, pierwsze zauroczenia, trudy samodzielnego życia, czy miłość rodziców do swoich dzieci.  Różnice wynikają z miejsca i czasów w jakich żyją bohaterowie.  Wspólne trudy życia skomplikowane przez rzeczywistość w jakiej funkcjonują.  Arab nie zostanie kelnerem w izraelskiej restauracji, nie ma możliwości też by zakochał się w Żydówce ("łapy precz").  Uprzedzenia, różnice, odmienne postrzeganie, przekazywane przez lata w literaturze, pamięci, z pokolenia na pokolenie.


Czarny węgiel, kruchy lód | Bai ri yan huo | thriller | Chiny | 2014
reż. i scen. Yi'nan Diao

(6/10)

Niepozorny film, który dość niespodziewanie wygrał tegoroczny festiwal filmowy w Berlinie.  Wyprzedził tym samym wychwalane "Boyhood" oraz fantastyczny "Grand Budapest Hotel".  "Czarny węgiel, kruchy lód" to chiński kryminał, interesujący thriller, którego akcja rozpoczyna się w 1999 roku.  Policja odnajduje w kilku transportach z węglem rozczłonkowane ludzkie ciało.  Pięć lat później sytuacja się powtarza.  Prowadzący pierwszą sprawę policjant, teraz pracujący jako ochroniarz, na nowo zaczyna interesować się sprawą, na własną rękę pomagając w odnalezieniu sprawcy makabrycznej zbrodni.  Trop prowadzi do niewielkiej pralni, w której pracuje skromna, delikatna, czarnowłosa Chinka.

"Czarny węgiel, kruchy lód" to kolejny przypadek filmu na tegorocznym All About Freedom Festival, który choć prezentuje świetny punkt wyjścia, posiada intrygujący pomysł na fabułę, obiecujący, niebanalny seans, przez co już na starcie bardzo zaostrza apetyt, niestety gdzieś po drodze zaczyna się rozmywać.  Dryfuje między dziwnymi wątkami, wybiera nieciekawe kierunki rozwoju, zamiast wykorzystywać potencjał wyjściowego pomysłu, czerpać z niego jak najwięcej, jakby zupełnie o nim zapomina, kierując historię na inne, zdecydowanie mniej interesujące tory.  Tak było chociażby w przypadku "Miłość od pierwszej walki", która cały swój impet i czar straciła tuż przed trzecim aktem, tak było również z rosyjskim "Lewiatanem", który rozmył się w połowie na wątku romansowym.  Przykro, że tak również stało się z tym chińskim filmem.

To co od samego początku wyróżnia tę produkcję to jej zupełnie inne, niezwykle celebracyjne tempo i klimat jaki ten obraz wokół siebie roztacza.  "Czarny węgiel, kruchy lód" jak na film z Dalekiego Wschodu przystało, jest kinem niespiesznym, nastawionym na obrazy, statyczne ujęcia ludzi i natury.  To powolność, która fascynuje, ale niestety z czasem zaczyna odrobinę dokuczać.  Zaskakuje tu tym bardziej więc fenomenalna scena w zakładzie fryzjerskim.  Nagła, szokująca, brutalna, dla kontrastu nakręcona nieruchomą kamerą, z pewnego oddalenia, przyglądając się ze spokojem dramatycznym wydarzeniom.  Po niej ma się wrażenie, że cały film może taki być.  Zaskakujący, bezkompromisowy, naturalistyczny w ukazywaniu przemocy i życia.  Jednak gdy rozpoczyna się zima (świetne przejście w czasie) całość zaczyna się rozmywać, przesadnie zwalniać, jakby zamarzać.  Traci swój pazur, którego niestety nie odzyskuje do samego końca.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017