Manchester by the Sea
Łatwo zachwycać się filmem, którym zachwyca się cały świat. Łatwo podziwiać produkcję, która zbiera fenomenalne recenzje wśród widzów i krytyków. Być częścią publiki, która z seansu wychodzi pełna podziwu dla obrazu, który został zaprezentowany. Gorzej, jeśli jest się jedną z nielicznych osób, które nie mogą dołączyć do chóralnego głosu zachwytu nad konkretną produkcją, gorzej jeśli z jakiegoś powodu, ogólnie wychwalany film nas nie urzeka. Wtedy pojawia się dziwne uczucie niezrozumienia, zaskoczenia, które nie daje spokoju i zastanawia dlaczego szeroko wychwalany obraz jest tak krytycznie bądź też chłodno przez nas przyjmowany? Może to wina zbyt wygórowanych oczekiwań, może nieodpowiedni dzień i nastrój na konkretny tytuł? A może to cały świat w owczym pędzie, przesadnie wychwala daną produkcję pod niebiosa, podczas gdy wcale nie jest ona tak udana, jak wszyscy o niej mówią i piszą? Takie bycie w totalnej opozycji do opinii ogółu nie zdarza mi się zbyt często, tym razem jednak jest wyjątkowo konkretne. "Manchester by the Sea" to obraz na którym nic nie poczułem. A po emocje właśnie przede wszystkim chodzę do kina.
"Manchester by the Sea" opowiada w zasadzie bardzo prostą historię Lee Chandlera, który mieszka samotnie w Bostonie, pracując jako dozorca. Nie utrzymuje z nikim kontaktu, a jego życie upływa na przeprowadzaniu napraw w mieszkaniach sąsiadów oraz codziennym odśnieżaniu. Pewnego dnia, dowiaduje się o śmierci swojego brata i zmuszony zostaje do powrotu do rodzinnej miejscowości, tytułowego Manchesteru, w którym dorastał i w którym spędził szmat swojego życia. Tam też wydarzyła się tragedia, która kładzie się cieniem na obecnym życiu bohatera. Tragedia po której nigdy się nie podźwignął. Gdy Lee przyjeżdża do miasteczka okazuje się, że zmarły brat w testamencie przekazał opiekę nad swoim nastoletnim synem właśnie jemu. Bohater nie jest na to w ogóle przygotowany, nie czuje się na siłach by stać się legalnym opiekunem chłopaka, nie wyobraża sobie również aby mógł z powrotem zamieszkać w tym małym miasteczku. I choć właściwie nic nie trzyma go w Bostonie, myśl o powrocie paraliżuje go. Z pewnością na plus wypada w tej historii łamanie utartych schematów, typowych rozwiązań. Wydawać by się bowiem mogło, że przyjazd Lee do miasta będzie miał zbawienny wpływ na chłopaka, który właśnie stracił ojca i został całkiem sam, podczas gdy sytuacja jest wręcz odwrotna - to nastoletni, całkiem poukładany Patrick, jest tym kto zmienia głównego bohatera, kto wpływa na niego pozytywnie.
"Manchester by the Sea" to dziwny film. Na początku niepotrzebnie zagmatwany, zbyt chaotycznie przeplatający kilka linii czasowych, które ułożone w większym porządku działałyby z większą siłą. To film w który bardzo trudno się wciągnąć, który jest chłodny, surowy pozbawiony większych emocji. To obraz, który bardziej niż o żałobie mówi o życiu już po tragedii, o próbach prowadzenia normalnego życia. Samo wydarzenie z przeszłości, które zrujnowało bohatera, ukazane jest tu w zaledwie kilkuminutowej scenie, która choć ukazuje prawdziwy koszmar z jakim musiał zmierzyć się Lee, przez fatalny dobór muzyki pozbawiona zostaje swego ciężaru. Staje się ładnie zmontowaną sekwencją, której sens się rozumie, ale której emocjonalny przekaz nie jest należycie mocny, szokujący, dewastujący. Cała późniejsza gama konsekwencji, zdarzeń, uczuć, zostaje tu pominięta, by w opowieści rozgrywającej się kilkanaście lat później ponownie skonfrontować bohatera z żałobą. Żałobą, której właściwie nie ma, bo o braku ojca i brata więcej się tu mówi, niż faktycznie da się odczuć. Być może mój problem z tym filmem bierze się stąd, że od lat nie mogę przekonać się do Casey Afflecka, który w każdym filmie zdaje się grać tę samą rolę umęczonego, przygniecionego przez życie mężczyzny i ta poza nie niesie z sobą dla mnie żadnych wyczuwalnych emocji. To płaski grymas twarzy widziany już poprzednio, który tutaj niczym szczególnym nie zaskakuje.
6/10
"Manchester by the Sea" opowiada w zasadzie bardzo prostą historię Lee Chandlera, który mieszka samotnie w Bostonie, pracując jako dozorca. Nie utrzymuje z nikim kontaktu, a jego życie upływa na przeprowadzaniu napraw w mieszkaniach sąsiadów oraz codziennym odśnieżaniu. Pewnego dnia, dowiaduje się o śmierci swojego brata i zmuszony zostaje do powrotu do rodzinnej miejscowości, tytułowego Manchesteru, w którym dorastał i w którym spędził szmat swojego życia. Tam też wydarzyła się tragedia, która kładzie się cieniem na obecnym życiu bohatera. Tragedia po której nigdy się nie podźwignął. Gdy Lee przyjeżdża do miasteczka okazuje się, że zmarły brat w testamencie przekazał opiekę nad swoim nastoletnim synem właśnie jemu. Bohater nie jest na to w ogóle przygotowany, nie czuje się na siłach by stać się legalnym opiekunem chłopaka, nie wyobraża sobie również aby mógł z powrotem zamieszkać w tym małym miasteczku. I choć właściwie nic nie trzyma go w Bostonie, myśl o powrocie paraliżuje go. Z pewnością na plus wypada w tej historii łamanie utartych schematów, typowych rozwiązań. Wydawać by się bowiem mogło, że przyjazd Lee do miasta będzie miał zbawienny wpływ na chłopaka, który właśnie stracił ojca i został całkiem sam, podczas gdy sytuacja jest wręcz odwrotna - to nastoletni, całkiem poukładany Patrick, jest tym kto zmienia głównego bohatera, kto wpływa na niego pozytywnie.
"Manchester by the Sea" to dziwny film. Na początku niepotrzebnie zagmatwany, zbyt chaotycznie przeplatający kilka linii czasowych, które ułożone w większym porządku działałyby z większą siłą. To film w który bardzo trudno się wciągnąć, który jest chłodny, surowy pozbawiony większych emocji. To obraz, który bardziej niż o żałobie mówi o życiu już po tragedii, o próbach prowadzenia normalnego życia. Samo wydarzenie z przeszłości, które zrujnowało bohatera, ukazane jest tu w zaledwie kilkuminutowej scenie, która choć ukazuje prawdziwy koszmar z jakim musiał zmierzyć się Lee, przez fatalny dobór muzyki pozbawiona zostaje swego ciężaru. Staje się ładnie zmontowaną sekwencją, której sens się rozumie, ale której emocjonalny przekaz nie jest należycie mocny, szokujący, dewastujący. Cała późniejsza gama konsekwencji, zdarzeń, uczuć, zostaje tu pominięta, by w opowieści rozgrywającej się kilkanaście lat później ponownie skonfrontować bohatera z żałobą. Żałobą, której właściwie nie ma, bo o braku ojca i brata więcej się tu mówi, niż faktycznie da się odczuć. Być może mój problem z tym filmem bierze się stąd, że od lat nie mogę przekonać się do Casey Afflecka, który w każdym filmie zdaje się grać tę samą rolę umęczonego, przygniecionego przez życie mężczyzny i ta poza nie niesie z sobą dla mnie żadnych wyczuwalnych emocji. To płaski grymas twarzy widziany już poprzednio, który tutaj niczym szczególnym nie zaskakuje.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz