Westworld - sezon I
"Westworld" było bez wątpienia jedną z najważniejszych serialowych premier tego roku. Wysokobudżetowa produkcja HBO, inspirowana filmem Michaela Crichtona z lat 70., przeniesiona na mały ekran przez Jonathana Nolana i Lisę Joy, zapowiadała się wyśmienicie. To opowieść o niezwykłym parku rozrywki, w którym goście trafiają do świata Dzikiego Zachodu. Świata, w którym mogą przeżyć niezapominane przygody, robić wszystko czego nie mogli w swoim zwyczajnym życiu. Westworld jest bowiem parkiem rozrywki kreującym rzeczywistość doskonałą, w której każdy gość pisze swoją własną historię. To świat w którym nie sposób odróżnić tego co sztuczne, zaprogramowane, od tego co prawdziwe. To miejsce w którym o komfort odwiedzających dbają łudząco podobne do ludzi androidy. Są wykorzystywane instrumentalnie do zaspakajania najróżniejszych, najbardziej skrywanych, perwersyjnych potrzeb gości. A co za tym idzie są traktowane jak zabawki, przedmioty, które można bezkarnie zepsuć, by później technicy w czasie nocy mogli je naprawić, wymazać wszystkie wspomnienia z pamięci, a następnie na nowo uruchomić. Jak się jednak wkrótce okazuje w wyniku najnowszej aktualizacji część z robotów zaczyna sobie przypominać poprzednie wcielenia, a tym samym uświadamiać jaką rolę pełnią w parku. A stąd bardzo niedaleko do buntu…
Nie można odmówić tej produkcji tego, że została nakręcona z ogromnym rozmachem. Plany są ogromne, dekoracje dopracowane w najmniejszym szczególe. To wszystko powoduje, że "Westworld" ogląda się jak wysokobudżetową produkcję, a nie zwykły serial telewizji. Nie ma się tu poczucia obcowania z produkcją małego formatu. Dowolny odcinek można by zaprezentować na srebrnym ekranie i od strony wizualnej prezentowałby się znakomicie. Nie można również odmówić tej produkcji tego, że jest świetnie zagrana. Takie nazwiska jak Ed Harris czy Anthony Hopkins mówią same za siebie, ale najbardziej zachwycający w tej produkcji są aktorzy wcielający się w postaci androidów, hostów. Evan Rachel Wood grająca Dolores, która z jednej strony jest zachwycająco ludzka, ale z drugiej strony pewnymi drobnymi gestami, zdradza swoje sztuczne pochodzenie. Thandie Newton perfekcyjnie wcielająca się w postać Maeve – burdelmamy która wymyka się spod kontroli techników. I choć wątek jej bohaterki jest idiotyczny, naciągany i nielogiczny, to ogląda się go z przyjemnością właśnie ze względu na świetną grę Newton. Wart pochwał jest również bardzo udany soundtrack Ramina Djawadi, nie tylko motyw przewodni, ale również (a może przede wszystkim) wszystkie covery znanych piosenek, jakie są wygrywane na pozytywce - pianinie.
To co najbardziej rozczarowuje w tym serialu to sposób poprowadzenia historii. Ta jest niedokładna, w wielu miejscach nielogiczna, przekombinowana. W stosunku do filmu z lat 70. świetnym posunięciem twórców było umieszczenie na pierwszym planie hostów, spojrzenie na tą historię z ich punktu widzenia. Taka perspektywa dawała znacznie więcej możliwości na to by "Westworld" oprócz efektownego serialu sci-fi stał się czymś więcej. W filmie Crichtona tytułowy park obserwowaliśmy z punktu widzenia jednego z gości, któremu udaje się przeżyć bunt androidów. Bunt, który Crichton przedstawiał jednoznacznie jako awaria systemu, którą trzeba było powstrzymać, a roboty zlikwidować, bo stanowią jednoznaczne zagrożenie dla ludzkości. W serialu, dzięki odwróceniu perspektywy, nadciągający bunt zdaje się być oczywistym posunięciem dla hostów, które są więzione, wykorzystywane, brutalnie maltretowane przez ludzi. Bunt jest więc nie efektem awarii, a rezultatem budzącej się samoświadomości. Staje się przyczynkiem do pytań na temat natury człowieka, istnienia duszy, samoświadomości, potrzeby wolności, potrzeby samostanowienia. Bunt hostów jest więc logicznym sprzeciwem wobec okropności parku i zbliża sympatie widzów bardziej do hostów niż do ludzi. Szkoda tylko, że ten naprawdę udany koncept twórcy marnują przez dopisanie do całości niepotrzebnych zagadek i udziwnień, jak chociażby wiele linii czasowych, odkrywanie podwójnych tożsamości czy istnienie wielkiego planu na wszystko. Może takie atrakcje sprawdzały się w serialu jakim był "Lost", ale tu odbierają całości jej ciężar i sprowadzają tę produkcję do naciąganego sci-fi gorszej klasy, nastawionego bardziej na puste zaskoczenia i niespodzianki, niż na opowiadanie ważnej, inteligentnej historii.
Ponadto serial Jonathana Nolana wielokrotnie wpada w pułapki przez siebie zastawione. Przez zapętlenie dni w parku w powtarzalny cykl cała historia wpada w niepotrzebne powtórzenia, poczucie, że znów, po raz kolejny oglądamy to samo co w poprzednich odcinkach, a cały dramat hostów wykorzystywanych przez ludzi gdzieś gubi się w rytmie: wykorzystaj - napraw - wykorzystaj. Gubią się również bohaterowie, których jest tu zdecydowanie zbyt wielu. Twórcy przez takie nagromadzenie postaci nie są w stanie należycie rozwinąć historii poszczególnych postaci, o niektórych zapominają, a do niektórych zmieniają swoje podejście w miarę upływu kolejnych epizodów. Kogo tu nie ma? Przynajmniej trzy główne postaci to hosty, a poza tym jest również tajemniczy człowiek w czarnym kapeluszu, dwóch bogatych gości parku, a także twórca parku, szef dywizji tworzącej hosty, twórca nowych narracji, szefowa dywizji dbającej o ciągłość działalności parku, dwóch techników naprawiających hosty, szef bezpieczeństwa i niezwykle zdolna młoda programistka. A i na drugim planie pojawia się sporo dodatkowych postaci, jakby już tych pierwszoplanowych było mało. Od pewnego momentu strasznie denerwujące również staje się w tym serialu nieustanne wspominanie o nowej, rewolucyjnej narracji jaką ma wprowadzić właściciel parku, labiryncie jaki do upadłego szuka Człowiek w Czerni, czy zbawiennym charakterze samego miejsca, przez które ludzie podobno odkrywają swoje prawdziwe ja. Denerwuje nieodpowiedzialne zachowanie wszystkich osób mających nadzorować prawidłowe funkcjonowanie parku: przy Westworld dawny "Jurassic Park" zdaje się być wzorem przestrzegania wszystkich procedur bezpieczeństwa. Irytujące jest tu także tłumaczenie każdej mielizny fabularnej wielki planem, nową narracją. To zagranie bardzo wygodne dla twórców ale strasznie nieprzekonujące, będące zwykłym pójściem na łatwiznę. Miał być wielki serial, wyszło niestety rozczarowanie.
6-/10
Nie można odmówić tej produkcji tego, że została nakręcona z ogromnym rozmachem. Plany są ogromne, dekoracje dopracowane w najmniejszym szczególe. To wszystko powoduje, że "Westworld" ogląda się jak wysokobudżetową produkcję, a nie zwykły serial telewizji. Nie ma się tu poczucia obcowania z produkcją małego formatu. Dowolny odcinek można by zaprezentować na srebrnym ekranie i od strony wizualnej prezentowałby się znakomicie. Nie można również odmówić tej produkcji tego, że jest świetnie zagrana. Takie nazwiska jak Ed Harris czy Anthony Hopkins mówią same za siebie, ale najbardziej zachwycający w tej produkcji są aktorzy wcielający się w postaci androidów, hostów. Evan Rachel Wood grająca Dolores, która z jednej strony jest zachwycająco ludzka, ale z drugiej strony pewnymi drobnymi gestami, zdradza swoje sztuczne pochodzenie. Thandie Newton perfekcyjnie wcielająca się w postać Maeve – burdelmamy która wymyka się spod kontroli techników. I choć wątek jej bohaterki jest idiotyczny, naciągany i nielogiczny, to ogląda się go z przyjemnością właśnie ze względu na świetną grę Newton. Wart pochwał jest również bardzo udany soundtrack Ramina Djawadi, nie tylko motyw przewodni, ale również (a może przede wszystkim) wszystkie covery znanych piosenek, jakie są wygrywane na pozytywce - pianinie.
To co najbardziej rozczarowuje w tym serialu to sposób poprowadzenia historii. Ta jest niedokładna, w wielu miejscach nielogiczna, przekombinowana. W stosunku do filmu z lat 70. świetnym posunięciem twórców było umieszczenie na pierwszym planie hostów, spojrzenie na tą historię z ich punktu widzenia. Taka perspektywa dawała znacznie więcej możliwości na to by "Westworld" oprócz efektownego serialu sci-fi stał się czymś więcej. W filmie Crichtona tytułowy park obserwowaliśmy z punktu widzenia jednego z gości, któremu udaje się przeżyć bunt androidów. Bunt, który Crichton przedstawiał jednoznacznie jako awaria systemu, którą trzeba było powstrzymać, a roboty zlikwidować, bo stanowią jednoznaczne zagrożenie dla ludzkości. W serialu, dzięki odwróceniu perspektywy, nadciągający bunt zdaje się być oczywistym posunięciem dla hostów, które są więzione, wykorzystywane, brutalnie maltretowane przez ludzi. Bunt jest więc nie efektem awarii, a rezultatem budzącej się samoświadomości. Staje się przyczynkiem do pytań na temat natury człowieka, istnienia duszy, samoświadomości, potrzeby wolności, potrzeby samostanowienia. Bunt hostów jest więc logicznym sprzeciwem wobec okropności parku i zbliża sympatie widzów bardziej do hostów niż do ludzi. Szkoda tylko, że ten naprawdę udany koncept twórcy marnują przez dopisanie do całości niepotrzebnych zagadek i udziwnień, jak chociażby wiele linii czasowych, odkrywanie podwójnych tożsamości czy istnienie wielkiego planu na wszystko. Może takie atrakcje sprawdzały się w serialu jakim był "Lost", ale tu odbierają całości jej ciężar i sprowadzają tę produkcję do naciąganego sci-fi gorszej klasy, nastawionego bardziej na puste zaskoczenia i niespodzianki, niż na opowiadanie ważnej, inteligentnej historii.
Ponadto serial Jonathana Nolana wielokrotnie wpada w pułapki przez siebie zastawione. Przez zapętlenie dni w parku w powtarzalny cykl cała historia wpada w niepotrzebne powtórzenia, poczucie, że znów, po raz kolejny oglądamy to samo co w poprzednich odcinkach, a cały dramat hostów wykorzystywanych przez ludzi gdzieś gubi się w rytmie: wykorzystaj - napraw - wykorzystaj. Gubią się również bohaterowie, których jest tu zdecydowanie zbyt wielu. Twórcy przez takie nagromadzenie postaci nie są w stanie należycie rozwinąć historii poszczególnych postaci, o niektórych zapominają, a do niektórych zmieniają swoje podejście w miarę upływu kolejnych epizodów. Kogo tu nie ma? Przynajmniej trzy główne postaci to hosty, a poza tym jest również tajemniczy człowiek w czarnym kapeluszu, dwóch bogatych gości parku, a także twórca parku, szef dywizji tworzącej hosty, twórca nowych narracji, szefowa dywizji dbającej o ciągłość działalności parku, dwóch techników naprawiających hosty, szef bezpieczeństwa i niezwykle zdolna młoda programistka. A i na drugim planie pojawia się sporo dodatkowych postaci, jakby już tych pierwszoplanowych było mało. Od pewnego momentu strasznie denerwujące również staje się w tym serialu nieustanne wspominanie o nowej, rewolucyjnej narracji jaką ma wprowadzić właściciel parku, labiryncie jaki do upadłego szuka Człowiek w Czerni, czy zbawiennym charakterze samego miejsca, przez które ludzie podobno odkrywają swoje prawdziwe ja. Denerwuje nieodpowiedzialne zachowanie wszystkich osób mających nadzorować prawidłowe funkcjonowanie parku: przy Westworld dawny "Jurassic Park" zdaje się być wzorem przestrzegania wszystkich procedur bezpieczeństwa. Irytujące jest tu także tłumaczenie każdej mielizny fabularnej wielki planem, nową narracją. To zagranie bardzo wygodne dla twórców ale strasznie nieprzekonujące, będące zwykłym pójściem na łatwiznę. Miał być wielki serial, wyszło niestety rozczarowanie.
6-/10
Komentarze
Prześlij komentarz