Sully

Zaskakujące jak bardzo najnowszy film Clinta Eastwooda trzyma w napięciu, chociaż od samego początku wiadomo, że historia będzie miała swoje szczęśliwe zakończenie.  Zaskakujące jak wiele jest napięcia w scenach rozgrywających się w trakcie kluczowych 208 sekund, od momentu zderzenia ze stadem ptaków, aż do szczęśliwego lądowania samolotu na rzece Hudson.  Ale co najbardziej zaskakujące, to jak bardzo ten film skupia się na samej sytuacji jaka miała miejsce w przestworzach.  Przed seansem wydawało się, że ten wypadek twórcy pokażą raz, a pozostała część seansu składać się będzie z przeplatanych naprzemiennie scen kontaktu z rodziną, trwającego dochodzenia, zderzenia z mediami, i wielokrotnych wycieczek w przeszłość bohatera.  I choć te wszystkie elementy tej historii występują w tym filmie, to jednak poskładane zostały w zupełnie innych, całkiem zaskakujących proporcjach.  Najważniejsza bowiem pozostaje tu sama sytuacja (z której załoga jak i pasażerowie wyszli cało) i jej obserwacja z różnych punktów widzenia.

W sumie kilka razy znajdujemy się na pokładzie samolotu.  Raz obserwujemy zdarzenia z punktu widzenia pilotów, raz patrzymy na wszystko oczami stewardess, raz widzimy tę sytuację bardziej z punktu widzenia pasażerów, a jeszcze innym razem widzimy reakcje pracowników wieży kontroli lotów.  Raz krążymy po całym samolocie, raz całą sytuacją obserwujemy jedynie z kabiny pilotów.  Ale mimo tych powtórzeń tego samego zdarzenia, sceny rozgrywające się wokół wypadku są tak dobrane, tak zmontowane, że za każdym razem trzymają świetnie w napięciu.  Oprócz tego wielokrotnego przeżywania katastrofy, film Eastwooda świetnie przeplata również pozostałe wątki, dawkując je w idealnych proporcjach.  Przede wszystkim trwające śledztwo, przesłuchania obu pilotów, mające sprawdzić czy niezwykle ryzykowna decyzja kapitana aby lądować na rzece Hudson, a nie próbować dolecieć do najbliższego lotniska, była właściwa.  Poprzez rozmowy telefoniczne bohatera kilka razy trafiamy do jego domu rodzinnego by spojrzeć jak z całą sytuacją radzi sobie jego żona i dzieci (zdecydowanie najsłabszy wątek).  Kondycję psychiczną bohatera poznać możemy natomiast po wizjach, które nawiedzają go obrazami tego jak mógłby się skończyć jego lot, gdyby podjął inną decyzję.  Dwukrotnie trafiamy także do dalekiej przeszłości bohatera, a i kontakt z rządnymi sensacji mediami nas nie omija.  Eastwood stara się spojrzeć na tę historię z wielu różnych punktów widzenia, a sprawnie napisany scenariusz świetnie przeplata i łączy poszczególne wątki, tworząc bardzo spójną, świetnie zmontowaną całość.  I choć od samego początku czuć w tym filmie, że Eastwood nie wątpi w swojego bohatera, że zdecydowanie z nim sympatyzuje, emocjonalnie, wewnętrznie nie poddając w wątpliwość jego dokonania (choć robią to członkowie grupy dochodzeniowej), to udaje mu się uniknąć przesadnej podniosłości, patosu, takiej sztuczności laurki wystawianej dla bohatera.  Udaje mu się stworzyć film wyważony i skromny.

Cała ta produkcja nie udałaby się jednak gdyby nie genialny Tom Hanks, który perfekcyjnie pasuje do roli Sully'ego.  Doskonałego, doświadczonego, profesjonalnego pilota, mającego czterdziestoletnie doświadczenie, który w sytuacji absolutnie bezprecedensowej, której nikt nigdy wcześniej nie przewidział, zachował zimną krew, idealnie ocenił sytuację i podjął najlepszą decyzję z możliwych, ratując życie 155 osobom na pokładzie.  Hanks w roli tego opanowanego, skromnego, logicznego mężczyzny spisuje się wyśmienicie.  Jest kapitanem samolotu, który opuszczą swoją maszynę ostatni, dopiero po sprawdzeniu czy na pewno wszyscy opuścili pokład.  Jest doświadczonym pilotem, który jest pewny tego, że dobrze ocenił sytuację, ale mimo to rozważa wszystkie inne możliwości jakie miał do wykorzystania podczas wypadku.  Świetna rola bez której ten film nie byłby nawet w połowie tak udany.

8/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017