Legion samobójców / Suicide Squad
"Worst heroes ever”. “Worse of the worst” - głosiły zapowiedzi. Producenci jednak wystraszyli się tego całkiem odważnego pomysłu i dlatego za każdym razem gdy bohaterowie przedstawiani są od złej strony, zaraz znajduje się jakiś usprawiedliwienie, jakiś sposób na ocieplenie ich wizerunku. Deadshot jest płatnym zabójcą, który nigdy nie pudłuje i nie ma żadnych wyrzutów sumienia w związku ze swoją pracą? Ale chwila, przecież ma śliczną córeczkę z którą najchętniej rozwiązywałby zadania domowe niczym perfekcyjny ojciec. Harley Quinn jest szurniętą panią psycholog, wariatką zakochaną na zabój w Jokerze, kobietą w zasadzie jeszcze bardziej od niego zwariowaną? Nie, nie, tak naprawdę Harley chciałaby założyć przykładną rodzinę dwa plus dwa. Kapitan Bumerang w wersji kinowej to natomiast tylko pijak i drobny złodziejaszek, a taki Killer Croc to facet odrzucony przez społeczeństwo ze względu na swój wygląd. Słabo jak na film, który miał mówić o antybohaterach, o tych najgorszych z najgorszych, którzy pod przymusem muszą wyruszyć na samobójczą misję (której tak naprawdę tutaj nie ma).
"Legion samobójców" nie daje sobie rady już na starcie, nijak nie sprawdzając się jako obraz z bohaterem zbiorowym. Nie ma żadnej równowagi w tytułowym legionie. O jednych mówi się bardzo dużo (Deadshot i Harley są najbardziej rozbudowanymi postaciami), o innych wspomina się tylko mimochodem - chociażby Katana czy ten jeden koleś, którego zdjęcie widoczne jest wśród członków Legionu w czasie narady w Pentagonie, ale nikt go właściwie nigdy nie przedstawia. Batman zostaje tu wrzucony całkiem na siłę (a Affleck tym razem wyraźnie nie czuje tej roli). Podobnie na siłę dodany zostaje tutaj Joker, który w kampanii promocyjnej wyrastał na głównego przeciwnika bohaterów, a w samej produkcji pojawia się może na dziesięć minut. Trudno po tak krótkim występie oceniać czy Jared Leto poradził sobie z tą rolą, z pewnością jednak kryje się w nim spory potencjał, który tym razem niestety nie został w pełni rozwinięty. Natomiast jedyną osobą, która tutaj sobie tak naprawdę poradziła jest Margot Robbie jako Harley Quinn. Jest szalona, delikatna, zwariowana, dowcipna, irytująca, zadziorna, seksowna. Idealnie łączy te przeciwstawne cechy i kradnie dla siebie każdą scenę w jakiej się pojawia, a na szczęście ma ich sporo. Twórcy przez cały czas nie potrafią się jednak zdecydować, czy chcą opowiedzieć film o zespole, czy o poszczególnych postaciach. Zupełnie nie dbają o równe podzielenie czasu na każdą z postaci, by każda była równie ważna i interesująca. Zamiast tego o jednych mówią całkiem sporo, o innych wcale. Co najlepiej widać w scenie gdy bohaterowie doświadczają wizji swojej wymarzonej przyszłości, z czego twórcy pokazują nam wizje tylko czterech osób, o pozostałych zapominając.
Całość jest okropnie zmontowana, stanowi jeden wielki, niespójny bajzel. Zupełnie jakby twórcy nakręcili godziny materiału i dali je do zmontowania komuś kto nie czytał scenariusza, nie miał bladego pojęcia o czym ma być ten film, kim są jego bohaterowie, jakie są ich motywacje i dokąd to wszystko ma dążyć. Pierwszy akt stanowi chaotyczne przedstawienie większości z postaci. To sieczka montażowa, pójście po najmniejszej linii oporu, zrealizowane totalnie bez pomysłu. Zamiast okropnej introdukcji bohaterów po plikach odczytywanych z pendrive, tak jak miało to miejsce w „Batman v Superman”, tutaj otrzymujemy jakże ambitne przeglądanie ściśle tajnych akt na temat przyszłych członków legionu. A w tle leci piosenka za piosenką, jakby ktoś na chybił trafił włączył playlistę z przebojami i bez zastanowienia podłożył ją pod cały pierwszy akt. Trzeci akt to natomiast obowiązkowa potyczka ze złem, tutaj parą przeciwników, z czego wydawać by się mogło większy bad guy okazuje się być łatwiejszy do pokonania niż jego siostra. Najgorszy jest jednak środek tej produkcji w czasie którego bohaterowie idą przez miasto. Idą i idą. Czasem coś walczą, czasem próbują uciec, a w pewnym momencie, nie wiedzieć kiedy i czemu, budzi się w nich poczucie przynależności do grupy. Wstępują do baru by całkiem rozbić tempo tego i tak okrutnie już nierównego filmu. Filmu, w którym wątki pojawiają się i znikają, w którym brakuje zależności przyczynowo skutkowej, spójności, ponieważ panuje nieustanny bałagan i chaos.
"Suicide Squad" to idealny przykład na to jak dobra kampania reklamowa może oszukać widza, przedstawić zapowiadany film w zupełnie innym świetle. Film Davida Ayera miał być zadziornym, niegrzecznym, zwariowanym, zabawnym obrazem, który zamiast bohaterów na pierwszym planie miał stawiać tych najgorszych z najgorszych. Złoczyńców, bandziorów, szaleńców, wariatów. I z tej niedopasowanej, agresywnej gromadki ludzi stworzyć zespół któremu dałoby się kibicować, który dałoby się lubić. Zespół , który miał być wysłany do misji, której nikt inny by się nie podjął. „Suicide Squad” okazał się jednak być filmem, który nie ma na siebie pomysłu, który jest całkiem zbędny, tak dla uniwersum DC, jak i innych ekranizacji komiksów. To film, który chciał być odważny i mroczny, ale jednocześnie przeznaczony dla wszystkich widzów. To film, który niestety jednak zmierza do tych samych schematów co inne produkcje, który boi się wyjść poza ramy tego co zostało już pokazane. Nic tu nie jest tak szalone, odjechane czy zwariowane jak miało niby być. Zaczynając od Jokera, który w tym krótkim wydaniu okazuje się być przestylizowanym gangsterem, po wydźwięk samego filmu, który nagle z tej bandy złoczyńców stara się stworzyć zgrana paczkę, kochającą się rodzinę. Koszmar.
3/10
"Legion samobójców" nie daje sobie rady już na starcie, nijak nie sprawdzając się jako obraz z bohaterem zbiorowym. Nie ma żadnej równowagi w tytułowym legionie. O jednych mówi się bardzo dużo (Deadshot i Harley są najbardziej rozbudowanymi postaciami), o innych wspomina się tylko mimochodem - chociażby Katana czy ten jeden koleś, którego zdjęcie widoczne jest wśród członków Legionu w czasie narady w Pentagonie, ale nikt go właściwie nigdy nie przedstawia. Batman zostaje tu wrzucony całkiem na siłę (a Affleck tym razem wyraźnie nie czuje tej roli). Podobnie na siłę dodany zostaje tutaj Joker, który w kampanii promocyjnej wyrastał na głównego przeciwnika bohaterów, a w samej produkcji pojawia się może na dziesięć minut. Trudno po tak krótkim występie oceniać czy Jared Leto poradził sobie z tą rolą, z pewnością jednak kryje się w nim spory potencjał, który tym razem niestety nie został w pełni rozwinięty. Natomiast jedyną osobą, która tutaj sobie tak naprawdę poradziła jest Margot Robbie jako Harley Quinn. Jest szalona, delikatna, zwariowana, dowcipna, irytująca, zadziorna, seksowna. Idealnie łączy te przeciwstawne cechy i kradnie dla siebie każdą scenę w jakiej się pojawia, a na szczęście ma ich sporo. Twórcy przez cały czas nie potrafią się jednak zdecydować, czy chcą opowiedzieć film o zespole, czy o poszczególnych postaciach. Zupełnie nie dbają o równe podzielenie czasu na każdą z postaci, by każda była równie ważna i interesująca. Zamiast tego o jednych mówią całkiem sporo, o innych wcale. Co najlepiej widać w scenie gdy bohaterowie doświadczają wizji swojej wymarzonej przyszłości, z czego twórcy pokazują nam wizje tylko czterech osób, o pozostałych zapominając.
Całość jest okropnie zmontowana, stanowi jeden wielki, niespójny bajzel. Zupełnie jakby twórcy nakręcili godziny materiału i dali je do zmontowania komuś kto nie czytał scenariusza, nie miał bladego pojęcia o czym ma być ten film, kim są jego bohaterowie, jakie są ich motywacje i dokąd to wszystko ma dążyć. Pierwszy akt stanowi chaotyczne przedstawienie większości z postaci. To sieczka montażowa, pójście po najmniejszej linii oporu, zrealizowane totalnie bez pomysłu. Zamiast okropnej introdukcji bohaterów po plikach odczytywanych z pendrive, tak jak miało to miejsce w „Batman v Superman”, tutaj otrzymujemy jakże ambitne przeglądanie ściśle tajnych akt na temat przyszłych członków legionu. A w tle leci piosenka za piosenką, jakby ktoś na chybił trafił włączył playlistę z przebojami i bez zastanowienia podłożył ją pod cały pierwszy akt. Trzeci akt to natomiast obowiązkowa potyczka ze złem, tutaj parą przeciwników, z czego wydawać by się mogło większy bad guy okazuje się być łatwiejszy do pokonania niż jego siostra. Najgorszy jest jednak środek tej produkcji w czasie którego bohaterowie idą przez miasto. Idą i idą. Czasem coś walczą, czasem próbują uciec, a w pewnym momencie, nie wiedzieć kiedy i czemu, budzi się w nich poczucie przynależności do grupy. Wstępują do baru by całkiem rozbić tempo tego i tak okrutnie już nierównego filmu. Filmu, w którym wątki pojawiają się i znikają, w którym brakuje zależności przyczynowo skutkowej, spójności, ponieważ panuje nieustanny bałagan i chaos.
"Suicide Squad" to idealny przykład na to jak dobra kampania reklamowa może oszukać widza, przedstawić zapowiadany film w zupełnie innym świetle. Film Davida Ayera miał być zadziornym, niegrzecznym, zwariowanym, zabawnym obrazem, który zamiast bohaterów na pierwszym planie miał stawiać tych najgorszych z najgorszych. Złoczyńców, bandziorów, szaleńców, wariatów. I z tej niedopasowanej, agresywnej gromadki ludzi stworzyć zespół któremu dałoby się kibicować, który dałoby się lubić. Zespół , który miał być wysłany do misji, której nikt inny by się nie podjął. „Suicide Squad” okazał się jednak być filmem, który nie ma na siebie pomysłu, który jest całkiem zbędny, tak dla uniwersum DC, jak i innych ekranizacji komiksów. To film, który chciał być odważny i mroczny, ale jednocześnie przeznaczony dla wszystkich widzów. To film, który niestety jednak zmierza do tych samych schematów co inne produkcje, który boi się wyjść poza ramy tego co zostało już pokazane. Nic tu nie jest tak szalone, odjechane czy zwariowane jak miało niby być. Zaczynając od Jokera, który w tym krótkim wydaniu okazuje się być przestylizowanym gangsterem, po wydźwięk samego filmu, który nagle z tej bandy złoczyńców stara się stworzyć zgrana paczkę, kochającą się rodzinę. Koszmar.
3/10
Komentarze
Prześlij komentarz