Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów / Captain America: Civil War
Marvel nie przestaje zaskakiwać. Konsekwencja z jaką od ostatnich kilku lat buduje swoje kinowe uniwersum jest niebywała. Każdy kolejny film jest elementem większej układanki, każdy ma znaczenie i prowadzi do następnego. W przeciwieństwie do konkurencyjnego DC, które od kilku lat plącze się i gubi, nie mając żadnego planu na to by przedstawić swoich komiksowych super bohaterów, Marvel zdecydowanie dąży do celu, stale podnosząc sobie poprzeczkę. Kolejne produkcje studia nie są jedynie odcinaniem kuponów od sukcesu poprzedników. Nie są szybkim skokiem na kasę, przez dobrze rozreklamowany ale słaby film, który w efekcie zaszkodzi następnym produkcjom. Marvel na szczęście zdaje sobie sprawę z tego, że tylko utrzymywanie kolejnych filmów na wysokim poziomie, gwarantuje sukces tych produkcji. Tylko w ten sposób możliwe jest budowanie marki, prezentowanie coraz lepszych obrazów, które nie tylko będą utrzymywać w zainteresowaniu dotychczasowych fanów, ale co ważniejsze, będą przyciągać kolejnych widzów, którzy do tej pory nie byli przekonani do produkcji studia. I co niezwykłe Marvelowi udaje się podnosić poprzeczkę z każdym kolejnym filmem (z drobnymi wyjątkami w postaci chociażby "Avengers 2"). Tym razem prezentuje trzecią część "Kapitana Ameryki", która jest zdecydowanie najlepszą z tego cyklu.
W teorii "Wojna bohaterów" nie miała prawa się udać. To jak trudne było to zadanie pokazuje chociażby porażka jaką dosłownie miesiąc temu poniósł "Batman v Superman" próbując ugryźć podobny temat, i zupełnie sobie nie dając z tym rady, tworząc produkt filmopodobny. Bracia Russo mieli za zadanie stworzyć cztery filmy w jednym. Po pierwsze kontynuację przygód Kapitana Ameryki, po drugie kontynuację losów pozostałych bohaterów Uniwersum, które mogłyby prowadzić do kolejnych, zaplanowanych filmów studia. Po trzecie przedstawić kilka nowych postaci, oraz po czwarte opowiedzieć tytułową "Wojnę bohaterów", czyli konflikt pomiędzy Iron Manem a Kapitanem. I to wszystko w zaledwie dwu i półgodzinnym filmie, który dodatkowo miał być zabawny, lekki, pomysłowy i efektowny. I choć bardzo prawdopodobnym było, że ta sztuka tym razem się nie uda, jakimś cudem dali radę w niezwykle zgrabny i strawny sposób łącząc te cztery teoretycznie oddzielne filmy w jeden, naprawdę emocjonujący blockbuster, który inaczej niż jego niedawny konkurent, wcale nie sprawia wrażenia sklejki oddzielnych scen, przypadkowych ruchomych obrazów.
Bracia Russo (oraz scenarzyści Christopher Markus i Stephen McFeely, którzy są z Kapitanem od pierwszego filmu) znajdują czas na wszystko. Po pierwsze kontynuują wątki z poprzednich produkcji o Kapitanie. Pojawiają się znów odniesienia do organizacji Hydra, wraca przeszłość w osobach Bucky'ego czy Peggy. Po drugie twórcy znajdują czas na przedstawienie nowych zamaskowanych postaci. I ta introdukcja nie polega na żenującym przeglądaniu plików na komputerze, tylko na zaprezentowaniu nowych twarzy w akcji. Krótka, ale konkretna charakterystyka, wspomnienie o ich przeszłości, motywacjach, zarysowanie charakteru, dzięki czemu momentalnie akceptuje się te nowe osoby i traktuje nie jako niepotrzebny dodatek do całości, ale ważny element tej dużej układanki. I tak poznajemy Czarną Panterę, który okazuje się być całkiem mroczną postacią z ogromnym potencjałem, oraz nowego Spider-Mana, który choć już pięciokrotnie pojawiał się na wielkim ekranie w swoich solowych filmach, dopiero teraz, za sprawą Marvela, prezentuje się tak jak powinien.
Ponadto twórcy znajdują czas na tytułową Wojnę między bohaterami, konflikt między Iron Manem a Kapitanem. I tu też dają radę, bo każda za stron wyposażona zostaje w swoje racje, które są jasno i logicznie przedstawione. Co więcej każdy z bohaterów ma czas by zdecydować po której stronie konfliktu stanie, ma czas by wątpić, zmieniać zdanie, a my razem z nim, raz przychylając się ku TeamCap, a raz ku TeamIron. I wreszcie twórcom udaje się coś co niestety przerosło Jossa Whedona. "Civil War" to kolejny odcinek serialu, jaki od ponad dwunastu filmów buduje Marvel. I choć jest mocno zakotwiczony w poprzednich filmach, choć ma stać się punktem wyjścia do następnych obrazów, nie odczuwa się w czasie seansu swego rodzaju przystanku. Pojedynczego epizodu, odcinka większej części, który składa się z wymuszonych, narzuconych przez studio elementów składowych, które mają pasować do wielkiej układanki. Nie ma się poczucia swego rodzaju produktu bez rozpoczęcia i bez zakończenia. "Civil War" jest oczywiście sequelem, ale jest też pełnoprawnym filmem.
Bracia Russo już przy okazji "Zimowego żołnierza" udowodnili, że doskonale wiedzą jak powinien wyglądać nowoczesny blockbuster. Idealnie łączą dynamiczne, całkiem brutalne sceny akcji z humorem i poważniejszymi momentami. Nie przeładowują swego filmu rozbuchanymi scenami akcji, ale gdy trzeba doskonale wiedzą jak je rozegrać tak aby emocjonowały i wyglądały odpowiednio spektakularnie. W międzyczasie idealnie dawkują humor słowny jak i sytuacyjny, szczególnie od momentu gdy na ekranie pojawia się Ant-Man i Spider-Man. I wreszcie dla równowagi łączą te zabawne sceny z powagą i wzruszeniem, momentami w czasie których liczą się tylko dialogi i relacje między bohaterami. Bo co również ważne, bracia Russo świetnie czują swoich bohaterów, traktując ich nie jako jednego bohatera zbiorowego, ale jako oddzielne postaci. Co na pierwszy rzut oka widać patrząc na przeróżne style walki - każda z postaci ma swój charakterystyczny styl, który wyróżnia ją od pozostałych. I choć ten dwuipółgodzinny blockbuster trochę wolno się rozkręca, właściwie przez pierwszą godzinę przygotowując widzów na kolejne elementy tej wielkiej opowieści, to gdy wreszcie dochodzi do właściwego starcia, całość nabiera rumieńców, zaskakując i ekscytując szczególnie podczas pomysłowego pojedynku na lotnisku. Świetne kino rozrywkowe.
PS. Jestem spokojny o dwie części "Infinity War" w wykonaniu braci Russo i duetu scenarzystów Markus + McFeely. Skoro dali sobie rade z "Wojną bohaterów" to nic im już nie jest straszne.
8.5/10
W teorii "Wojna bohaterów" nie miała prawa się udać. To jak trudne było to zadanie pokazuje chociażby porażka jaką dosłownie miesiąc temu poniósł "Batman v Superman" próbując ugryźć podobny temat, i zupełnie sobie nie dając z tym rady, tworząc produkt filmopodobny. Bracia Russo mieli za zadanie stworzyć cztery filmy w jednym. Po pierwsze kontynuację przygód Kapitana Ameryki, po drugie kontynuację losów pozostałych bohaterów Uniwersum, które mogłyby prowadzić do kolejnych, zaplanowanych filmów studia. Po trzecie przedstawić kilka nowych postaci, oraz po czwarte opowiedzieć tytułową "Wojnę bohaterów", czyli konflikt pomiędzy Iron Manem a Kapitanem. I to wszystko w zaledwie dwu i półgodzinnym filmie, który dodatkowo miał być zabawny, lekki, pomysłowy i efektowny. I choć bardzo prawdopodobnym było, że ta sztuka tym razem się nie uda, jakimś cudem dali radę w niezwykle zgrabny i strawny sposób łącząc te cztery teoretycznie oddzielne filmy w jeden, naprawdę emocjonujący blockbuster, który inaczej niż jego niedawny konkurent, wcale nie sprawia wrażenia sklejki oddzielnych scen, przypadkowych ruchomych obrazów.
Bracia Russo (oraz scenarzyści Christopher Markus i Stephen McFeely, którzy są z Kapitanem od pierwszego filmu) znajdują czas na wszystko. Po pierwsze kontynuują wątki z poprzednich produkcji o Kapitanie. Pojawiają się znów odniesienia do organizacji Hydra, wraca przeszłość w osobach Bucky'ego czy Peggy. Po drugie twórcy znajdują czas na przedstawienie nowych zamaskowanych postaci. I ta introdukcja nie polega na żenującym przeglądaniu plików na komputerze, tylko na zaprezentowaniu nowych twarzy w akcji. Krótka, ale konkretna charakterystyka, wspomnienie o ich przeszłości, motywacjach, zarysowanie charakteru, dzięki czemu momentalnie akceptuje się te nowe osoby i traktuje nie jako niepotrzebny dodatek do całości, ale ważny element tej dużej układanki. I tak poznajemy Czarną Panterę, który okazuje się być całkiem mroczną postacią z ogromnym potencjałem, oraz nowego Spider-Mana, który choć już pięciokrotnie pojawiał się na wielkim ekranie w swoich solowych filmach, dopiero teraz, za sprawą Marvela, prezentuje się tak jak powinien.
Ponadto twórcy znajdują czas na tytułową Wojnę między bohaterami, konflikt między Iron Manem a Kapitanem. I tu też dają radę, bo każda za stron wyposażona zostaje w swoje racje, które są jasno i logicznie przedstawione. Co więcej każdy z bohaterów ma czas by zdecydować po której stronie konfliktu stanie, ma czas by wątpić, zmieniać zdanie, a my razem z nim, raz przychylając się ku TeamCap, a raz ku TeamIron. I wreszcie twórcom udaje się coś co niestety przerosło Jossa Whedona. "Civil War" to kolejny odcinek serialu, jaki od ponad dwunastu filmów buduje Marvel. I choć jest mocno zakotwiczony w poprzednich filmach, choć ma stać się punktem wyjścia do następnych obrazów, nie odczuwa się w czasie seansu swego rodzaju przystanku. Pojedynczego epizodu, odcinka większej części, który składa się z wymuszonych, narzuconych przez studio elementów składowych, które mają pasować do wielkiej układanki. Nie ma się poczucia swego rodzaju produktu bez rozpoczęcia i bez zakończenia. "Civil War" jest oczywiście sequelem, ale jest też pełnoprawnym filmem.
Bracia Russo już przy okazji "Zimowego żołnierza" udowodnili, że doskonale wiedzą jak powinien wyglądać nowoczesny blockbuster. Idealnie łączą dynamiczne, całkiem brutalne sceny akcji z humorem i poważniejszymi momentami. Nie przeładowują swego filmu rozbuchanymi scenami akcji, ale gdy trzeba doskonale wiedzą jak je rozegrać tak aby emocjonowały i wyglądały odpowiednio spektakularnie. W międzyczasie idealnie dawkują humor słowny jak i sytuacyjny, szczególnie od momentu gdy na ekranie pojawia się Ant-Man i Spider-Man. I wreszcie dla równowagi łączą te zabawne sceny z powagą i wzruszeniem, momentami w czasie których liczą się tylko dialogi i relacje między bohaterami. Bo co również ważne, bracia Russo świetnie czują swoich bohaterów, traktując ich nie jako jednego bohatera zbiorowego, ale jako oddzielne postaci. Co na pierwszy rzut oka widać patrząc na przeróżne style walki - każda z postaci ma swój charakterystyczny styl, który wyróżnia ją od pozostałych. I choć ten dwuipółgodzinny blockbuster trochę wolno się rozkręca, właściwie przez pierwszą godzinę przygotowując widzów na kolejne elementy tej wielkiej opowieści, to gdy wreszcie dochodzi do właściwego starcia, całość nabiera rumieńców, zaskakując i ekscytując szczególnie podczas pomysłowego pojedynku na lotnisku. Świetne kino rozrywkowe.
PS. Jestem spokojny o dwie części "Infinity War" w wykonaniu braci Russo i duetu scenarzystów Markus + McFeely. Skoro dali sobie rade z "Wojną bohaterów" to nic im już nie jest straszne.
8.5/10
Komentarze
Prześlij komentarz