Mission: Impossible - Rogue Nation
Największym problemem "Rouge Nation" jest to, że jest ona częścią "Mission Impossible" następującą po fantastycznym "Ghost Protocol" zrealizowanym przez Brada Birda. Ten wzbił się na wyżyny, wydobywając z serii cały jej potencjał. Podniósł poprzeczkę tak wysoko, że tym razem nie było możliwości jej przeskoczyć. I choć film Christophera McQuarrie jest również bardzo udanym kinem akcji, a w porównaniu do poprzednich opowieści o niemożliwych akcjach Ethana Hunta, drugim najlepszym filmem z rzędu, to jednak musiał ustąpić przed "Ghost Protocol". Niefart, że nie został zrealizowany przed epizodem numer cztery, wtedy seans pozbawiony byłby tego nieprzyjemnego (i w sumie zbędnego) uczucia niedosytu. W oderwaniu bowiem od poprzednika, jako oddzielna produkcja, "Rogue Nation" prezentuje się naprawdę bardzo dobrze, lepiej niż można by przypuszczać. To pomysłowe, szybkie, ekscytujące i momentami całkiem zabawne kino akcji, a do tego przyzwoita kontynuacja serii, która od dziewiętnastu lat (!) nadal ekscytuje, przyciąga tłumy przed ekrany i generalnie prezentuje coraz lepszy poziom. Cruise trzyma się wyśmienicie, jest stworzony do tej roli i poświęca się jak tylko może by jak najbardziej uczestniczyć w procesie powstawania tej produkcji - często sam gra w scenach akcji rezygnując z dublerów, jak chociażby w scenie wznoszenia na drzwiach samolotu.
Fabuła tej części (szczególnie gdy plan czarnego charakteru w pełni zostaje ujawniony) jest całkiem na czasie. Korzysta z niedawnych zdarzeń, gorących newsów, które obiegły świat, wykorzystując je na swój użytek, na swój sposób tłumacząc ich sens. Tuż na początku seansu okazuje się, że IMF przez szkody jakie zostały wyrządzone w poprzedniej części w czasie akcji na Kremlu, zostaje uznane za organizację czyniącą więcej zamieszania niż pożytku, mającej więcej szczęścia niż prawdziwych umiejętności. By nie zaogniać sytuacji międzynarodowej, zostaje podjęta decyzja o rozwiązaniu organizacji i wcieleniu jej w struktury CIA. A Ethan Hunt staje się celem numer jeden. Pozbawiony wsparcia (choć co bardzo denerwujące i mocno nielogiczne, nadal wyposażony w przeróżnego rodzaju gadżety) musi ukrywać się przed CIA. Jednocześnie wpada na trop innej organizacji - tzw. Syndykatu, który zdaje się być lustrzanym odbiciem IMF, z tymże zamiast ratować świat, rozsiewa chaos, sieje zniszczenie, wprowadza nieporządek. Hunt nie spocznie póki nie powstrzyma tej złowieszczej organizacji. Pomagać mu w tym będą dawni znajomi, oraz tajemnicza Ilsa, podwójna agentka, której intencje przez bardzo długi czas pozostają nieodgadnione. Świetnie zobaczyć na ekranie kolejną silną i jednocześnie kobiecą bohaterkę. Po Furiosie z ostatniego "Mad Maxa", która przesłoniła nawet samego głównego bohatera tamtego obrazu, tutaj taką postacią jest Ilsa. Inteligentna, silna psychicznie, niezwykle sprawna fizycznie, kobieta o niezwykłej urodzie, właściwie niczym nie ustępująca głównemu bohaterowi.
Sam film, choć ogląda się go naprawdę dobrze, jest niestety chwilami nierówny, momentami za bardzo traci tempo. Niezbyt udanym pomysłem było na przykład umieszczenie sceny z samolotem, najbardziej spektakularnej w całym filmie, na samym początku. To tak jakby pamiętny pościg po dachu pędzącego TGV z pierwszej misji umieścić nie w jej finale, ale prologu. Trochę również szkoda, że prócz tego jednego momentu, brakuje tu jeszcze jakieś innej wielkiej, niemożliwej akcji. W zamian za nią, znalazło się w tej produkcji kilka momentów całkiem niezwykłych jak na nowoczesne kino akcji, jak chociażby przedłużający się moment absolutnej ciszy w pewnej chwili tuż pod koniec, który dosłownie rozsadza ekran niebywałym napięciem. "Rogue Nation" może również poszczycić się niezwykle satysfakcjonującym zakończeniem - jedną z najlepszych scen pokonania czarnego charakteru. Ale za to samej produkcji niestety brakuje charakteru. Własnego "ja" nadanego przez reżysera. Poprzednie epizody były jednocześnie kolejnymi częściami znanej serii, ale również kolejnymi filmami w filmografii znanych reżyserów, którzy zostawiali na nich swój własny, charakterystyczny odcisk. Szpiegowska, klasyczna jedynka, przestylizowana dwójka, pędząca na złamanie karku trójka, i przepełniona gadżetami i spektakularnymi pomysłami czwórka. Piątce brakuje takiego charakterystycznego rysu. I choć łączy w sobie wszystko co najlepsze w Mission: Impossible, przywołując znane motywy i schematy, choć jest obrazem nakręconym bardzo sprawnie, to jednak brakuje jej podpisu reżysera. I pewnie właśnie dlatego nie pozostaje w pamięci po seansie na tak długo jak poprzedni epizod.
7/10
Fabuła tej części (szczególnie gdy plan czarnego charakteru w pełni zostaje ujawniony) jest całkiem na czasie. Korzysta z niedawnych zdarzeń, gorących newsów, które obiegły świat, wykorzystując je na swój użytek, na swój sposób tłumacząc ich sens. Tuż na początku seansu okazuje się, że IMF przez szkody jakie zostały wyrządzone w poprzedniej części w czasie akcji na Kremlu, zostaje uznane za organizację czyniącą więcej zamieszania niż pożytku, mającej więcej szczęścia niż prawdziwych umiejętności. By nie zaogniać sytuacji międzynarodowej, zostaje podjęta decyzja o rozwiązaniu organizacji i wcieleniu jej w struktury CIA. A Ethan Hunt staje się celem numer jeden. Pozbawiony wsparcia (choć co bardzo denerwujące i mocno nielogiczne, nadal wyposażony w przeróżnego rodzaju gadżety) musi ukrywać się przed CIA. Jednocześnie wpada na trop innej organizacji - tzw. Syndykatu, który zdaje się być lustrzanym odbiciem IMF, z tymże zamiast ratować świat, rozsiewa chaos, sieje zniszczenie, wprowadza nieporządek. Hunt nie spocznie póki nie powstrzyma tej złowieszczej organizacji. Pomagać mu w tym będą dawni znajomi, oraz tajemnicza Ilsa, podwójna agentka, której intencje przez bardzo długi czas pozostają nieodgadnione. Świetnie zobaczyć na ekranie kolejną silną i jednocześnie kobiecą bohaterkę. Po Furiosie z ostatniego "Mad Maxa", która przesłoniła nawet samego głównego bohatera tamtego obrazu, tutaj taką postacią jest Ilsa. Inteligentna, silna psychicznie, niezwykle sprawna fizycznie, kobieta o niezwykłej urodzie, właściwie niczym nie ustępująca głównemu bohaterowi.
Sam film, choć ogląda się go naprawdę dobrze, jest niestety chwilami nierówny, momentami za bardzo traci tempo. Niezbyt udanym pomysłem było na przykład umieszczenie sceny z samolotem, najbardziej spektakularnej w całym filmie, na samym początku. To tak jakby pamiętny pościg po dachu pędzącego TGV z pierwszej misji umieścić nie w jej finale, ale prologu. Trochę również szkoda, że prócz tego jednego momentu, brakuje tu jeszcze jakieś innej wielkiej, niemożliwej akcji. W zamian za nią, znalazło się w tej produkcji kilka momentów całkiem niezwykłych jak na nowoczesne kino akcji, jak chociażby przedłużający się moment absolutnej ciszy w pewnej chwili tuż pod koniec, który dosłownie rozsadza ekran niebywałym napięciem. "Rogue Nation" może również poszczycić się niezwykle satysfakcjonującym zakończeniem - jedną z najlepszych scen pokonania czarnego charakteru. Ale za to samej produkcji niestety brakuje charakteru. Własnego "ja" nadanego przez reżysera. Poprzednie epizody były jednocześnie kolejnymi częściami znanej serii, ale również kolejnymi filmami w filmografii znanych reżyserów, którzy zostawiali na nich swój własny, charakterystyczny odcisk. Szpiegowska, klasyczna jedynka, przestylizowana dwójka, pędząca na złamanie karku trójka, i przepełniona gadżetami i spektakularnymi pomysłami czwórka. Piątce brakuje takiego charakterystycznego rysu. I choć łączy w sobie wszystko co najlepsze w Mission: Impossible, przywołując znane motywy i schematy, choć jest obrazem nakręconym bardzo sprawnie, to jednak brakuje jej podpisu reżysera. I pewnie właśnie dlatego nie pozostaje w pamięci po seansie na tak długo jak poprzedni epizod.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz