Teoria wszystkiego / The Theory of Everything
Jest w "Teorii wszystkiego" taka scena. Stephen Hawking i Jane są niedługo po ślubie, mają już pierwsze dziecko. Stephen już nie chodzi, jeździ na zwykłym wózku inwalidzkim. Małżonkowie przenieśli się na parter swego domu aby ułatwić niepełnosprawnemu fizykowi poruszanie się. Jest wieczór. Jane próbuje założyć Stephenowi sweter, ale w tym samym momencie słychać płacz dziecka. Rozdarta między mężem a dzieckiem, Jane zostawia męża z do połowy założonym swetrem, przeciągniętym przez ręce, ale zatrzymanym na głowie, i biegnie prędko do synka na piętro. Stephen czekając na żonę przygląda się przez sweter płomieniom w kominku i wpada na pomysł, kolejne genialne odkrycie. Scena, która w całości mogła posłużyć do ukazania strasznie trudnej sytuacji w jakiej znalazła się kobieta, rozdarta między niepełnosprawnym mężem, a ledwo co narodzonym dzieckiem, zostaje złagodzona przez naukowe odkrycie na jakie wpada jej mąż. I taki w sumie jest cały ten film. To bardzo delikatna, spokojna, niespieszna opowieść, która ani przez chwilę nie popada w ekstrema, która z powagą, pewnym dystansem opowiada niezwykłą historię życia dwojga ludzi, od momentu gdy poznali się całkiem przypadkowo będąc jeszcze na studiach. I choć z pozoru nic ich nie łączyło: on studiował kosmologię, ona hiszpański, ona chodziła co niedziela do kościoła, on był ateistą, przeżyli ze sobą wiele szczęśliwych lat i doczekali się trójki dzieci. Mimo choroby, zdiagnozowanej gdy Hawking miał zaledwie 21 lat, i dwóch lat życia, jakie dawali mu wtedy lekarze.
Mimo wyciszenia, mimo swej delikatności, "Teoria wszystkiego" okazuje się być niezwykłym wyciskaczem łez. Coś jest w sposobie prowadzenia tej historii, w atmosferze jaką roztacza wokół siebie ten film, że nie sposób go oglądać, bez choćby odrobiny wzruszenia. Jest tu kilka scen, które niezwykle mocno łapią za serce, ściskają i nie puszczają bardzo długo. Informacja o diagnozie, gra w krykieta, nauka rozmowy poprzez tablicę z kolorowymi literami. Momenty, które rozklejają, dotykają do żywego. Ogromna w tym zasługa fenomenalnych występów aktorskich. Co jednak niezwykłe, nie tylko Eddiego Redmayne'a, ale również Felicity Jones. Bo i owszem kreacja Eddiego jest niesamowita, od pierwszej sceny całkiem znika on w postaci Hawkinga i ani przez moment nie widać na ekranie aktora, obecna jest wyłącznie postać jaką gra. Nie tylko pod koniec, gdy już się nie rusza, jeździ na elektrycznym wózku i mówi poprzez komputer (czyli takiego jakiego większość z nas kojarzy), ale i wcześniej, gdy jest młodym chłopakiem na studiach, który jeździ na rowerze, pływa w kajakach. Cudowna, niezwykła rola, wyjątkowa doceniając transformację fizyczną jaką musiał przejść Redmayne na potrzeby tej postaci, ale również patrząc na po prostu grę aktorską. Wcale nie gorzej prezentuje się Felicity Jones, która choć nie musiała aż tak zmieniać się do roli żony Stephena Hawkinga, wykreowała niezwykłą postać nieprawdopodobnie silnej kobiety, która na początku swego dorosłego życia podjęła się okrutnie trudnego zadania. Została ze Stephenem mimo świadomości tego co zrobi z nim choroba. Motywowała go do życia, walczyła o niego przez wiele lat, opiekując się nim i wychowując jego dzieci. Niezwykle silny charakter w drobnym, niepozornym ciele.
Wybierając się na "Teorię wszystkiego" obawiałem się trochę, że będzie ona jednym z tych filmów, które prócz wybitnych kreacji aktorskich nie mają zbyt wiele ponadto do zaoferowania. Tak jak to było w przypadku "Żelaznej damy", średnim filmie w którym błyszczała Meryl Streep, czy niedawnym "Foxcatcher", który okazał się być przeciętnym obrazem wyróżniającym się przez ciekawe kreacje aktorskie. Z „Teorią wszystkiego” na szczęście tak nie jest. Owszem film ten wiele by stracił gdyby nie utalentowani Redmayne i Jones, ale nie tylko oni są atutem tej produkcji. Składają się na nią również świetne, urokliwe zdjęcia, wpadające w odcienie żółci i niebieskości, w zależności od atmosfery sceny akurat trwającej. Urokliwa jest tu również muzyka, świetnie wydobywająca emocje z kolejnych scen. Nie jest to z pewnością najlepszy soundtrack roku, ten tytuł powinien bez dwóch zdań powędrować do Hansa Zimmera za jego fenomenalną ścieżkę do "Interstellar", ale to przyjemna, tradycyjna kompozycja, przypominająca trochę soundtrack Alexandre Desplata z "Jak zostać królem", która dobrze prezentuje się w filmie i z pewnością będzie dobrze brzmieć poza nim. I wreszcie, na koniec, warto wspomnieć jeszcze o scenariuszu. Bo choć niestety "Teoria wszystkiego" nie jest filmem o samym Hawkingu, jest obrazem, który stara się spojrzeć na życie profesora w całkiem szerokim zakresie, tematycznym jak i czasowym. Przedstawia więc genialnego naukowca ale i niezwykle zabawnego, spostrzegawczego człowieka. Jeszcze więcej mówi o jego żonie, o niezwykle trudnym zadaniu jakie na siebie wzięła, decydując się na życie ze Stephenem. O latach wypełnionych trudem ale i szczęściem. I w sumie w tej opowieści o życiu, miłości, szczęściu i nadziei zabrakło tylko spojrzenia na dzieci i to jak na nie wpłynęła choroba ojca. Ale może to by było już zbyt wiele jak na jeden film.
8/10
Mimo wyciszenia, mimo swej delikatności, "Teoria wszystkiego" okazuje się być niezwykłym wyciskaczem łez. Coś jest w sposobie prowadzenia tej historii, w atmosferze jaką roztacza wokół siebie ten film, że nie sposób go oglądać, bez choćby odrobiny wzruszenia. Jest tu kilka scen, które niezwykle mocno łapią za serce, ściskają i nie puszczają bardzo długo. Informacja o diagnozie, gra w krykieta, nauka rozmowy poprzez tablicę z kolorowymi literami. Momenty, które rozklejają, dotykają do żywego. Ogromna w tym zasługa fenomenalnych występów aktorskich. Co jednak niezwykłe, nie tylko Eddiego Redmayne'a, ale również Felicity Jones. Bo i owszem kreacja Eddiego jest niesamowita, od pierwszej sceny całkiem znika on w postaci Hawkinga i ani przez moment nie widać na ekranie aktora, obecna jest wyłącznie postać jaką gra. Nie tylko pod koniec, gdy już się nie rusza, jeździ na elektrycznym wózku i mówi poprzez komputer (czyli takiego jakiego większość z nas kojarzy), ale i wcześniej, gdy jest młodym chłopakiem na studiach, który jeździ na rowerze, pływa w kajakach. Cudowna, niezwykła rola, wyjątkowa doceniając transformację fizyczną jaką musiał przejść Redmayne na potrzeby tej postaci, ale również patrząc na po prostu grę aktorską. Wcale nie gorzej prezentuje się Felicity Jones, która choć nie musiała aż tak zmieniać się do roli żony Stephena Hawkinga, wykreowała niezwykłą postać nieprawdopodobnie silnej kobiety, która na początku swego dorosłego życia podjęła się okrutnie trudnego zadania. Została ze Stephenem mimo świadomości tego co zrobi z nim choroba. Motywowała go do życia, walczyła o niego przez wiele lat, opiekując się nim i wychowując jego dzieci. Niezwykle silny charakter w drobnym, niepozornym ciele.
Wybierając się na "Teorię wszystkiego" obawiałem się trochę, że będzie ona jednym z tych filmów, które prócz wybitnych kreacji aktorskich nie mają zbyt wiele ponadto do zaoferowania. Tak jak to było w przypadku "Żelaznej damy", średnim filmie w którym błyszczała Meryl Streep, czy niedawnym "Foxcatcher", który okazał się być przeciętnym obrazem wyróżniającym się przez ciekawe kreacje aktorskie. Z „Teorią wszystkiego” na szczęście tak nie jest. Owszem film ten wiele by stracił gdyby nie utalentowani Redmayne i Jones, ale nie tylko oni są atutem tej produkcji. Składają się na nią również świetne, urokliwe zdjęcia, wpadające w odcienie żółci i niebieskości, w zależności od atmosfery sceny akurat trwającej. Urokliwa jest tu również muzyka, świetnie wydobywająca emocje z kolejnych scen. Nie jest to z pewnością najlepszy soundtrack roku, ten tytuł powinien bez dwóch zdań powędrować do Hansa Zimmera za jego fenomenalną ścieżkę do "Interstellar", ale to przyjemna, tradycyjna kompozycja, przypominająca trochę soundtrack Alexandre Desplata z "Jak zostać królem", która dobrze prezentuje się w filmie i z pewnością będzie dobrze brzmieć poza nim. I wreszcie, na koniec, warto wspomnieć jeszcze o scenariuszu. Bo choć niestety "Teoria wszystkiego" nie jest filmem o samym Hawkingu, jest obrazem, który stara się spojrzeć na życie profesora w całkiem szerokim zakresie, tematycznym jak i czasowym. Przedstawia więc genialnego naukowca ale i niezwykle zabawnego, spostrzegawczego człowieka. Jeszcze więcej mówi o jego żonie, o niezwykle trudnym zadaniu jakie na siebie wzięła, decydując się na życie ze Stephenem. O latach wypełnionych trudem ale i szczęściem. I w sumie w tej opowieści o życiu, miłości, szczęściu i nadziei zabrakło tylko spojrzenia na dzieci i to jak na nie wpłynęła choroba ojca. Ale może to by było już zbyt wiele jak na jeden film.
8/10
Komentarze
Prześlij komentarz