Wilgotne miejsca / Feuchtgebiete
Niezwykle pozytywne zaskoczenie. Jeden z najbardziej bezkompromisowych, bezpośrednich i odważnych filmów, jakie w ostatnich latach odwiedziły nasze kina. Historia oparta na skandalizującej książce Charlotte Roche, która wywoływać może sporo kontrowersji, choć moim zdaniem nie jest aż tak bardzo szokująca jak o niej pisano. Najbardziej niezwykłe w tym filmie jest bowiem to, że choć momentami jest naprawdę obrzydliwy, niesamowicie fizjologiczny, to został podany w tak ładnej, przystępnej, przyjemnej formie, że nawet oglądanie przeróżnych cielesnych wydzielin, jakimi fascynuje się główna bohaterka, nie jest nieprzyjemne, czy odpychające. Wręcz przeciwnie, sceny z nimi związane są tymi najzabawniejszymi.
"Wilgotne miejsca" to interesująca historia nastoletniej Helen (rewelacyjnie zagranej przez Carlę Juri), dziewczyny, która nie za bardzo dba o higienę swego ciała, na przekór matce, która na punkcie czystości miała absolutnego bzika. Helen nie brzydzi się niczym co jest związane z jej fizjologią. Fascynują ją zapachy, wydzieliny i płyny. Nie myje się za często, bieliznę wymienia również rzadko, wszystko po to by swym naturalnym zapachem przyciągnąć mężczyzn. W końcu wszyscy jesteśmy w pewnym sensie przecież tylko zwierzętami, którymi rządzą pierwotne instynkty. Helen robi tampony swej własnej roboty (które mają jeden minus w postaci braku nitki), by amerykańskie korporacje nie mogły na niej zarabiać, goli się szybko i niedbale i ma hemoroidy, o których nie wstydzi się mówić. Właśnie one pewnego dnia zaprowadzą Helen prosto do szpitala, w którym przejdzie operację, po której przez kilka dni będzie musiała zostać na obserwacji. Ten czas upłynie jej na poznawaniu sanitariusza Robina i wspominaniu niezbyt szczęśliwego (oględnie powiedziawszy) dzieciństwa.
Choć pierwsze minuty tej produkcji (a właściwie prawie całe dwa pierwsze akty) tego nie zapowiadają, w tej bardzo cielesnej, fizycznej opowieści kryje się naprawdę mądra, poruszająca, gorzko-słodka obserwacja. Historia mówiąca o trudnym dojrzewaniu i dochodzeniu do porządku z pewnymi wydarzeniami ze swojej przeszłości. Opowieść o akceptacji rzeczywistości i tego co minęło, jakkolwiek nieszczęśliwe by to nie było. O wybaczaniu, i o tym, że czasem jedynym wyjściem jest poddanie się, akceptacja tego co jest, bo na pewne sprawy nie ma się wpływu. Całość podana została w bardzo ładnej formie, z doświetlonymi zdjęciami, odpowiednio pulsującą muzyką. Składa się z krótkich wątków, epizodów, połączonych sprawnym, dynamicznym montażem. Nie brakuje tu ciekawych ustawień kamery, która często zagląda w miejsca zwykle niedostępne, czy dwuznacznych ujęć, jak chociażby już pierwsze w całym filmie - dowcipne i bawiące się oczekiwaniami widza. A do tego dochodzą jeszcze dynamiczne sekwencje zabawnie komentowane muzycznym tłem (historia o pizzy). I tak otrzymujemy niebanalny, wyróżniający się obraz. Odświeżający kawałek kina.
8/10
"Wilgotne miejsca" to interesująca historia nastoletniej Helen (rewelacyjnie zagranej przez Carlę Juri), dziewczyny, która nie za bardzo dba o higienę swego ciała, na przekór matce, która na punkcie czystości miała absolutnego bzika. Helen nie brzydzi się niczym co jest związane z jej fizjologią. Fascynują ją zapachy, wydzieliny i płyny. Nie myje się za często, bieliznę wymienia również rzadko, wszystko po to by swym naturalnym zapachem przyciągnąć mężczyzn. W końcu wszyscy jesteśmy w pewnym sensie przecież tylko zwierzętami, którymi rządzą pierwotne instynkty. Helen robi tampony swej własnej roboty (które mają jeden minus w postaci braku nitki), by amerykańskie korporacje nie mogły na niej zarabiać, goli się szybko i niedbale i ma hemoroidy, o których nie wstydzi się mówić. Właśnie one pewnego dnia zaprowadzą Helen prosto do szpitala, w którym przejdzie operację, po której przez kilka dni będzie musiała zostać na obserwacji. Ten czas upłynie jej na poznawaniu sanitariusza Robina i wspominaniu niezbyt szczęśliwego (oględnie powiedziawszy) dzieciństwa.
Choć pierwsze minuty tej produkcji (a właściwie prawie całe dwa pierwsze akty) tego nie zapowiadają, w tej bardzo cielesnej, fizycznej opowieści kryje się naprawdę mądra, poruszająca, gorzko-słodka obserwacja. Historia mówiąca o trudnym dojrzewaniu i dochodzeniu do porządku z pewnymi wydarzeniami ze swojej przeszłości. Opowieść o akceptacji rzeczywistości i tego co minęło, jakkolwiek nieszczęśliwe by to nie było. O wybaczaniu, i o tym, że czasem jedynym wyjściem jest poddanie się, akceptacja tego co jest, bo na pewne sprawy nie ma się wpływu. Całość podana została w bardzo ładnej formie, z doświetlonymi zdjęciami, odpowiednio pulsującą muzyką. Składa się z krótkich wątków, epizodów, połączonych sprawnym, dynamicznym montażem. Nie brakuje tu ciekawych ustawień kamery, która często zagląda w miejsca zwykle niedostępne, czy dwuznacznych ujęć, jak chociażby już pierwsze w całym filmie - dowcipne i bawiące się oczekiwaniami widza. A do tego dochodzą jeszcze dynamiczne sekwencje zabawnie komentowane muzycznym tłem (historia o pizzy). I tak otrzymujemy niebanalny, wyróżniający się obraz. Odświeżający kawałek kina.
8/10
Komentarze
Prześlij komentarz