Na skraju jutra / Edge of Tomorrow
Od czwartku mam już swojego kandydata do tytułu najlepszego blockbustera roku. Kandydata, który wyróżnia się na tle konkurencyjnych produkcji już chociażby tym, że nie jest kolejną ekranizacją komiksu, kolejnym sequelem, prequelem, rebootem, spin-offem, czy innym tworem będącym jedynie częścią większej całości. To film będący całkowicie oddzielnym projektem. Pewnego rodzaju powiewem świeżości w zdominowanej przez cykle filmowej rzeczywistości. I choć wyjściowy pomysł na ten obraz nie jest zbytnio oryginalny, nawiązań do innych produkcji jest tu bez liku (żeby tylko wspomnieć o "Żołnierzach kosmosu”, "Aliens", "Dniu świstaka"), jest on tak dobrze zrealizowany, że ogląda się go jednym tchem. A chodzi w nim o to, co dokładnie zapowiadały zwiastuny. Ziemia została zaatakowana przez obcą rasę. Biorący udział w walkach na plaży oficer Cage ginie w pierwszych minutach starcia z obcymi... by sekundę później obudzić się rankiem tego samego dnia. Jak się bowiem okazuje wpadł w pętlę czasową i teraz przeżywać będzie ostatni dzień swego życia stale od nowa. A jedyną osobą, która wierzy w jego przypadłość jest Rita, kobieta, która wsławiła się zwycięstwem pod Verdun, będąca symbolem walki z obcymi.
Tym czym Liman wygrywa w "Na skraju jutra" jest perfekcyjna realizacja. Genialny montaż panujący nad powtarzającą się po wielokroć historią, nadający jej świetne tempo, które nie zwalnia ani na chwilę. Co więcej ma się wręcz wrażenie, że z każdą następna minutą akcja jeszcze bardziej przyspiesza. I choć film ten opowiada o dniu przeżywanym wielokrotnie, udaje się uniknąć odczucia ciągłej powtarzalności, przewidywalności czy monotonii. Jest zaskakująco, szybko, akcja zapiera dech w piersiach, szczególnie w czasie świetnie poprowadzonego pierwszego aktu, i co najważniejsze całość wciąga od samego początku. Totalnie. Twórcom udaje się osiągnąć to czego niedawno dokonał Bryan Singer ze swoimi X-Menami. Choć domyślamy się zakończenia, tego co nastąpi pod koniec, film ten ogląda się z wypiekami na twarzy, całkiem zapominając o tym, że tylko jeden rodzaj zakończenia jest tu możliwy. Przez piętrzące się przed bohaterami liczne przeciwności, przez zadanie, które muszą wykonać, które zdaje się być niemożliwe do przejścia, absolutnie nie ma się pojęcia w jaki sposób scenarzyści mają zamiar doprowadzić tę opowieść do jej do finału. Właśnie przez to film Limana jest tak ekscytujący i wciągający. Do tego dochodzą jeszcze świetne zdjęcia, połączone z idealnie wkomponowanymi, nienachalnymi efektami specjalnymi, oraz dobrze pasująca do obrazu muzyka Christophera Becka. Wszystko to tworzy odrobinę mroczny, zdecydowany i trochę nietypowy klimat, którego unikalność bierze się również z czarnego humoru, który pojawia się co jakiś czas. To chyba najbardziej zaskakujący element tego filmu.
Wielkim atutem tej produkcji są (idealnie do siebie pasujący) odtwórcy głównych ról. Tom Cruise, który co by o nim nie mówić, w takim gatunku czuje się jak ryba w wodzie i prezentuje się tu znakomicie. Tak na początku jako nieprzygotowany do walki facet zajmujący się dotychczas reklamą armii, niejako za karę trafiając na pole walki, tak i później już jako wyszkolony żołnierz, który wielokrotnie przetrwał zapętlony dzień, i staje się jedyną nadzieją na zwycięstwo w wojnie z obcymi. Świetna jest również Emily Blunt w roli Rity, jedynej osoby, która wierzy głównemu bohaterowi, bo sama kiedyś była w jego sytuacji. Full Metal Bitch bez dwóch zdań. I oczywiście, można by trochę ponarzekać, że gdyby zastanowić się nad sensem tej opowiastki, zaraz pojawią się nielogiczności i naciągnięcia. Ale po co, skoro z założenia wszystkie filmy majstrujące z czasem wpadają w liczne paradoksy. Można by też ponarzekać na trzeci akt, który wpada w schemat oczywistości, niejako przecząc zasadom z dwóch pierwszych aktów, które korzystając z wielokrotnych powtórzeń były bardziej prawdopodobne w zakresie umiejętności jakimi wykazywali się bohaterowie. Ale to też nie ma sensu bo "Na skraju jutra" jest tak dobrze nakręconym filmem rozrywkowym, że słabsza końcówka nie psuje ogólnego wrażenia z seansu. Na letni wypad do kina, propozycja jak znalazł.
Za możliwość obejrzenia filmu "Na skraju jutra" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.
8/10
Tym czym Liman wygrywa w "Na skraju jutra" jest perfekcyjna realizacja. Genialny montaż panujący nad powtarzającą się po wielokroć historią, nadający jej świetne tempo, które nie zwalnia ani na chwilę. Co więcej ma się wręcz wrażenie, że z każdą następna minutą akcja jeszcze bardziej przyspiesza. I choć film ten opowiada o dniu przeżywanym wielokrotnie, udaje się uniknąć odczucia ciągłej powtarzalności, przewidywalności czy monotonii. Jest zaskakująco, szybko, akcja zapiera dech w piersiach, szczególnie w czasie świetnie poprowadzonego pierwszego aktu, i co najważniejsze całość wciąga od samego początku. Totalnie. Twórcom udaje się osiągnąć to czego niedawno dokonał Bryan Singer ze swoimi X-Menami. Choć domyślamy się zakończenia, tego co nastąpi pod koniec, film ten ogląda się z wypiekami na twarzy, całkiem zapominając o tym, że tylko jeden rodzaj zakończenia jest tu możliwy. Przez piętrzące się przed bohaterami liczne przeciwności, przez zadanie, które muszą wykonać, które zdaje się być niemożliwe do przejścia, absolutnie nie ma się pojęcia w jaki sposób scenarzyści mają zamiar doprowadzić tę opowieść do jej do finału. Właśnie przez to film Limana jest tak ekscytujący i wciągający. Do tego dochodzą jeszcze świetne zdjęcia, połączone z idealnie wkomponowanymi, nienachalnymi efektami specjalnymi, oraz dobrze pasująca do obrazu muzyka Christophera Becka. Wszystko to tworzy odrobinę mroczny, zdecydowany i trochę nietypowy klimat, którego unikalność bierze się również z czarnego humoru, który pojawia się co jakiś czas. To chyba najbardziej zaskakujący element tego filmu.
Wielkim atutem tej produkcji są (idealnie do siebie pasujący) odtwórcy głównych ról. Tom Cruise, który co by o nim nie mówić, w takim gatunku czuje się jak ryba w wodzie i prezentuje się tu znakomicie. Tak na początku jako nieprzygotowany do walki facet zajmujący się dotychczas reklamą armii, niejako za karę trafiając na pole walki, tak i później już jako wyszkolony żołnierz, który wielokrotnie przetrwał zapętlony dzień, i staje się jedyną nadzieją na zwycięstwo w wojnie z obcymi. Świetna jest również Emily Blunt w roli Rity, jedynej osoby, która wierzy głównemu bohaterowi, bo sama kiedyś była w jego sytuacji. Full Metal Bitch bez dwóch zdań. I oczywiście, można by trochę ponarzekać, że gdyby zastanowić się nad sensem tej opowiastki, zaraz pojawią się nielogiczności i naciągnięcia. Ale po co, skoro z założenia wszystkie filmy majstrujące z czasem wpadają w liczne paradoksy. Można by też ponarzekać na trzeci akt, który wpada w schemat oczywistości, niejako przecząc zasadom z dwóch pierwszych aktów, które korzystając z wielokrotnych powtórzeń były bardziej prawdopodobne w zakresie umiejętności jakimi wykazywali się bohaterowie. Ale to też nie ma sensu bo "Na skraju jutra" jest tak dobrze nakręconym filmem rozrywkowym, że słabsza końcówka nie psuje ogólnego wrażenia z seansu. Na letni wypad do kina, propozycja jak znalazł.
Za możliwość obejrzenia filmu "Na skraju jutra" na specjalnym pokazie przedpremierowym, serdecznie dziękuję dystrybutorowi filmu - Warner Bros. Polska.
8/10
Komentarze
Prześlij komentarz