Doktor Strange / Doctor Strange
Marvel konsekwentnie kontynuuje rozszerzanie swego Uniwersum, wprowadzając do niego kolejnych bohaterów. Jedni zostają przedstawieni jako postaci drugoplanowe (chociażby Black Panter w niedawnym "Civil War"), inni od razu otrzymują swoje własne filmy solowe. Tak jest właśnie w przypadku Doktora Strange, któremu Marvel powierzył swoją najnowszą produkcję, w całości poświęcając ją na jego przedstawienie. I tu ciekawostka, bo "Doktor Strange", w przeciwieństwie do innych filmów studia nie jest wpisany bezpośrednio w serial jaki tworzą poprzednie filmy. Przy ostatnich komiksowych produkcjach można było mieć wrażenie, że stanowią one tylko kolejny odcinek serialu, pewną część rozpiętą pomiędzy tym co było, a tym co zaraz będzie, przez co ich oglądanie bez znajomości wszystkich poprzednich odsłon mijało się z celem. "Doktor Strange" jest natomiast całkiem osobną opowieścią, która choć jest osadzona w świecie superbohaterów, nie odwołuje się do niego (przynajmniej nie bezpośrednio). Oczywiście zostanie do niego wpisana (co zapowiadają chociażby sceny po napisach) i ściśle powiązana z kolejnymi produkcjami, ale akurat ten film można spokojnie obejrzeć jako oddzielny obraz, nie znając żadnej innej produkcji Marvela. A to spory plus, bo dzięki temu Strange nie jest tylko kolejnym epizodem - jest pełnoprawnym filmem.
Co prawda można zarzucić tej produkcji przede wszystkim to, że właściwie bardzo mocno podąża utartymi ścieżkami, znanymi schematami, powielając założenia opowieści typu origins. Pod tym względem "Doktor Strange" może rozczarować bo nie ma tu niczego czego nie byłoby w innych historiach po raz pierwszy prezentujących superbohaterów, i jeśli widziało się takie filmy jak chociażby "Batman Begins" czy chociażby "Iron Man", to rozwój akcji i kolejne wydarzenia tu prezentowane, nie będą stanowić żadnego zaskoczenia. I w tamtych i w tym filmie mamy bohatera, który wydarty zostaje ze swojego świata w którym czuje się bardzo pewnie, by przejść swego rodzaju trening, stać się mistrzem w konkretnej sztuce, i wreszcie pokonać nadciągające zło. Tutaj mamy doktora Stephena Strange'a, genialnego, egocentrycznego neurochirurga, bardzo twardo stąpającego po ziemi, który w wyniku wypadku samochodowego traci swój największy atut - jego ręce zostają dotkliwie okaleczone. Diagnoza jest przerażająca: Strange nigdy nie będzie mógł wrócić do pełni sprawności jaką miał przed wypadkiem. Załamany, zrezygnowany, nie widząc żadnych szans na ratunek ze strony tradycyjnej medycyny, decyduje się spróbować czegoś odmiennego. Tak trafia do pewnego tajemniczego zakonu w Katmandu, poznaje Przedwieczną (świetny, nieoczywisty casting i w tej roli cudowna Tilda Swinton). Musi porzucić wszystko to w co dotychczas wierzył, wszystko to co dotychczas wiedział o świecie, by poznać rzeczywistość napędzaną duchową energią, rzeczywistość światów lustrzanych i równoległych. A gdzieś na drugim planie złowrogi Kaecilius jest coraz bliżej osiągnięcia swego niecnego planu zniszczenia.
To co wyróżnia jednak "Doktora Strange", to co czyni go wyjątkowym na tle innych komiksowych produkcji, to jego warstwa wizualna. Ten film po prostu wygląda obłędnie. To taka "Incepcja" na sterydach w której budynki składają się jak klocki, wyginają jak gibkie gałęzie, a cała rzeczywistość układa się w nieustannie poruszające się kalejdoskopowe struktury. Wygląda to przepięknie, nieziemsko, wybornie. Pączkujące, przeistaczające się miasta robią ogromne wrażenie, a im większy ekran na którym ogląda się te cudaczne momenty, tym lepiej. Świetne i całkiem zaskakujące są również pomysły na sceny akcji takie jak pierwsza podróż pomiędzy wymiarami (momentami całkiem psychodeliczna), czy scena walki rozgrywająca się w rzeczywistości w której czas płynie do tyłu. Cudo. Na dodatek twórcy starają się pod koniec jednak jakoś odbiec od znanych rozwiązań, stąd ciekawy eksperyment z zakończeniem, które nie jest typową gigantyczną potyczką w centrum miasta. Właściwy finał jaki proponują okazuje się być zabawny, pomysłowy i całkiem oryginalny. Genialnym akcentem humorystycznym tej produkcji okazuje się być natomiast postać (!) peleryny jaką zakłada bohater. Otrzymuje ona swoją osobowość i staje się bohaterem samym w sobie. I choć w sumie nie ma w tym filmie niczego czego byśmy już gdzieś wcześniej, w jakiejś formie nie widzieli, to jednak złożone jest to tak sprawnie, że dwugodzinny seans mija błyskawicznie i ma się ochotę na więcej. Marvel, jak zwykle niezawodny.
8/10
Co prawda można zarzucić tej produkcji przede wszystkim to, że właściwie bardzo mocno podąża utartymi ścieżkami, znanymi schematami, powielając założenia opowieści typu origins. Pod tym względem "Doktor Strange" może rozczarować bo nie ma tu niczego czego nie byłoby w innych historiach po raz pierwszy prezentujących superbohaterów, i jeśli widziało się takie filmy jak chociażby "Batman Begins" czy chociażby "Iron Man", to rozwój akcji i kolejne wydarzenia tu prezentowane, nie będą stanowić żadnego zaskoczenia. I w tamtych i w tym filmie mamy bohatera, który wydarty zostaje ze swojego świata w którym czuje się bardzo pewnie, by przejść swego rodzaju trening, stać się mistrzem w konkretnej sztuce, i wreszcie pokonać nadciągające zło. Tutaj mamy doktora Stephena Strange'a, genialnego, egocentrycznego neurochirurga, bardzo twardo stąpającego po ziemi, który w wyniku wypadku samochodowego traci swój największy atut - jego ręce zostają dotkliwie okaleczone. Diagnoza jest przerażająca: Strange nigdy nie będzie mógł wrócić do pełni sprawności jaką miał przed wypadkiem. Załamany, zrezygnowany, nie widząc żadnych szans na ratunek ze strony tradycyjnej medycyny, decyduje się spróbować czegoś odmiennego. Tak trafia do pewnego tajemniczego zakonu w Katmandu, poznaje Przedwieczną (świetny, nieoczywisty casting i w tej roli cudowna Tilda Swinton). Musi porzucić wszystko to w co dotychczas wierzył, wszystko to co dotychczas wiedział o świecie, by poznać rzeczywistość napędzaną duchową energią, rzeczywistość światów lustrzanych i równoległych. A gdzieś na drugim planie złowrogi Kaecilius jest coraz bliżej osiągnięcia swego niecnego planu zniszczenia.
To co wyróżnia jednak "Doktora Strange", to co czyni go wyjątkowym na tle innych komiksowych produkcji, to jego warstwa wizualna. Ten film po prostu wygląda obłędnie. To taka "Incepcja" na sterydach w której budynki składają się jak klocki, wyginają jak gibkie gałęzie, a cała rzeczywistość układa się w nieustannie poruszające się kalejdoskopowe struktury. Wygląda to przepięknie, nieziemsko, wybornie. Pączkujące, przeistaczające się miasta robią ogromne wrażenie, a im większy ekran na którym ogląda się te cudaczne momenty, tym lepiej. Świetne i całkiem zaskakujące są również pomysły na sceny akcji takie jak pierwsza podróż pomiędzy wymiarami (momentami całkiem psychodeliczna), czy scena walki rozgrywająca się w rzeczywistości w której czas płynie do tyłu. Cudo. Na dodatek twórcy starają się pod koniec jednak jakoś odbiec od znanych rozwiązań, stąd ciekawy eksperyment z zakończeniem, które nie jest typową gigantyczną potyczką w centrum miasta. Właściwy finał jaki proponują okazuje się być zabawny, pomysłowy i całkiem oryginalny. Genialnym akcentem humorystycznym tej produkcji okazuje się być natomiast postać (!) peleryny jaką zakłada bohater. Otrzymuje ona swoją osobowość i staje się bohaterem samym w sobie. I choć w sumie nie ma w tym filmie niczego czego byśmy już gdzieś wcześniej, w jakiejś formie nie widzieli, to jednak złożone jest to tak sprawnie, że dwugodzinny seans mija błyskawicznie i ma się ochotę na więcej. Marvel, jak zwykle niezawodny.
8/10
Komentarze
Prześlij komentarz