Nienawistna ósemka / The Hateful Eight
Spora część poprzednich filmów Quentina Tarantino posiadała duszę westernu. Wewnętrznie blisko im było do opowieści rozgrywających się na Dzikim Zachodzie. Samotny główny bohater, wyraźnie zarysowany konflikt, konkretny czarny charakter, pościgi, pojedynki, i krwawe zakończenia, w których trup słał się gęsto. Podskórnie filmy Tarantino dążyły do westernów. Ciekawe więc, że gdy wreszcie Quentin zdecydował się nakręcić pełnoprawny western, produkcja ta okazał się być wcale nie tak udana jak poprzednie dokonania reżysera. Czegoś jej brakowało, pozostawiało po sobie uczucie niedosytu, niespełnienia. Może rozczarowanie wynikało z mniej chwytliwego soundtracku (wszak muzyka od zawsze była niezwykle istotnym elementem w filmach reżysera), może z powodu mniej zwariowanej historii? Trudno jednoznacznie stwierdzić, jednak "Django" choć nie było filmem nieudanym, nie należało również do najlepszych osiągnięć Tarantino. Niestety kolejnym, ósmym już filmem reżysera jest znów western. Projekt, który po tym jak jego scenariusz wyciekł do sieci, został na pewien czas porzucony przez Tarantino, ale później został jednak przez niego nakręcony.
Tarantino jest jednym z nielicznych reżyserów, który sam pisze scenariusze do swoich filmów. Są one jego autorskimi wizjami. Tego typu własna kreacja wymaga od niego niezwykłej samokontroli i krytycyzmu. O ile poprzednie filmy Tarantino sprawiały wrażenie produkcji przemyślanych od początku do końca, dopracowanych w każdej minucie, jego westernowe przygody są filmami jakby bardziej na luzie. Jakby Quentin trochę odpuścił sobie krytykę własnej pracy, proces udoskonalania swoich pomysłów. O ile jeszcze w "Django" nie było to aż tak odczuwalne, tak "Nienawistna ósemka" cierpi na brak dodatkowego scenarzysty, krytykanta, który wytknąłby reżyserowi słabsze punkty scenariusza, nad którymi warto by było dłużej popracować. Ósmy film Quentina jest przede wszystkim za długi, zbyt rozwleczony w czasie i co się zdarza po raz pierwszy, naprawdę przegadany. Tarantino od zawsze miał wielkie uwielbienie do długich rozmów, jednak tym razem przesadził. Choć może bardziej od rozwleczonych rozmów problemem jest zbyt słabe napięcie jakie podczas nich panuje. W poprzednich filmach reżysera bohaterowie mogli rozmawiać o przysłowiowej dupie Maryni, a oglądało się to pierwszorzędnie. Tutaj nawet ważne rozmowy są nakręcone bez ikry, zbyt przedłużone w czasie, przez co brakuje im tej siły rażenia znanej z poprzednich produkcji.
Tego, że będzie to film przesadnie rozciągnięty można się spodziewać już po pierwszej scenie, gdy w czasie napisów początkowych kamera w okrutnie powolnym tempie oddala się od posągu. I gdyby nie fantastyczny motyw przewodni napisany przez genialnego Ennio Morricone, jedyne co chciałoby się wtedy zrobić, to przewinąć obraz do właściwej akcji. A takich momentów w "Nienawistnej ósemce" jest niestety więcej. W tej prawie trzygodzinnej opowieści znajdują się również pomysły, sytuacje, zagrania iście genialne, które przypominają za co tak uwielbiać można kino Tarantino. Zabawa w dochodzenie tego kto nie jest tym za kogo się podaje. List od Lincolna. Zaskakujące cofnięcia w czasie. Sęk jednak w tym, że te świetne pomysły są zbyt rozcieńczone przez przesadnie długie sceny, momenty, w których mocniej powinien zadziałać montaż. Nie służą tej produkcji również późniejsze zabawy formą, czy bezpośrednie zwracanie się do widza. Pojawiający się narrator w postaci samego reżysera, burzy uczucie realności tej historii, przypominając bardzo boleśnie, że jest to tylko filmowa zabawa, historyjka snuta przez wielkiego miłośnika kina.
Najsilniejszym punktem tej produkcji jest to co w filmach Tarantino zawsze zachwycało, a mianowicie występy aktorskie. Quentin ma niezwykłą zdolność wydobywania z aktorów tego co najlepsze, obsadzania ich w rolach, w których naprawdę błyszczą pełnym blaskiem. I w "Nienawistnej ósemce" obsada jest naprawdę wyborna. Żeby tylko wymienić takie nazwiska jak Tim Roth, Bruce Dern czy Kurt Russell. Najlepiej z nich wszystkich prezentują się jednak Samuel L.Jackson, który gra bardzo wyrazistą, ni to pozytywną ni to negatywną postać, która kradnie dla siebie ekran za każdym razem gdy rozpoczyna swój dialog, oraz Jennifer Jaison Leigh, która błyszczy na drugim planie mimo tego, że jej postać jest okrutnie poniewierana przez innych bohaterów i reżysera. Całość oczywiście kończy się obowiązkową makabrą, która co prawda wypada trochę lepiej niż w "Django", być może dlatego, że jest bardziej rozłożona w czasie, choć zdecydowanie więcej w niej makabry i obrzydliwości. Tak jakby Tarantino chciał się trochę odkuć za zaskakujące ograniczenie tych elementów w "Death Proof". I choć "Nienawistnej ósemki" nie można nazwać rozczarowaniem, bo jak każdy film Tarantino prezentuje poziom lepszy od niejednej amerykańskiej produkcji, to jednak pozostawia po sobie uczucie pewnego niespełnienia.
7/10
Tarantino jest jednym z nielicznych reżyserów, który sam pisze scenariusze do swoich filmów. Są one jego autorskimi wizjami. Tego typu własna kreacja wymaga od niego niezwykłej samokontroli i krytycyzmu. O ile poprzednie filmy Tarantino sprawiały wrażenie produkcji przemyślanych od początku do końca, dopracowanych w każdej minucie, jego westernowe przygody są filmami jakby bardziej na luzie. Jakby Quentin trochę odpuścił sobie krytykę własnej pracy, proces udoskonalania swoich pomysłów. O ile jeszcze w "Django" nie było to aż tak odczuwalne, tak "Nienawistna ósemka" cierpi na brak dodatkowego scenarzysty, krytykanta, który wytknąłby reżyserowi słabsze punkty scenariusza, nad którymi warto by było dłużej popracować. Ósmy film Quentina jest przede wszystkim za długi, zbyt rozwleczony w czasie i co się zdarza po raz pierwszy, naprawdę przegadany. Tarantino od zawsze miał wielkie uwielbienie do długich rozmów, jednak tym razem przesadził. Choć może bardziej od rozwleczonych rozmów problemem jest zbyt słabe napięcie jakie podczas nich panuje. W poprzednich filmach reżysera bohaterowie mogli rozmawiać o przysłowiowej dupie Maryni, a oglądało się to pierwszorzędnie. Tutaj nawet ważne rozmowy są nakręcone bez ikry, zbyt przedłużone w czasie, przez co brakuje im tej siły rażenia znanej z poprzednich produkcji.
Tego, że będzie to film przesadnie rozciągnięty można się spodziewać już po pierwszej scenie, gdy w czasie napisów początkowych kamera w okrutnie powolnym tempie oddala się od posągu. I gdyby nie fantastyczny motyw przewodni napisany przez genialnego Ennio Morricone, jedyne co chciałoby się wtedy zrobić, to przewinąć obraz do właściwej akcji. A takich momentów w "Nienawistnej ósemce" jest niestety więcej. W tej prawie trzygodzinnej opowieści znajdują się również pomysły, sytuacje, zagrania iście genialne, które przypominają za co tak uwielbiać można kino Tarantino. Zabawa w dochodzenie tego kto nie jest tym za kogo się podaje. List od Lincolna. Zaskakujące cofnięcia w czasie. Sęk jednak w tym, że te świetne pomysły są zbyt rozcieńczone przez przesadnie długie sceny, momenty, w których mocniej powinien zadziałać montaż. Nie służą tej produkcji również późniejsze zabawy formą, czy bezpośrednie zwracanie się do widza. Pojawiający się narrator w postaci samego reżysera, burzy uczucie realności tej historii, przypominając bardzo boleśnie, że jest to tylko filmowa zabawa, historyjka snuta przez wielkiego miłośnika kina.
Najsilniejszym punktem tej produkcji jest to co w filmach Tarantino zawsze zachwycało, a mianowicie występy aktorskie. Quentin ma niezwykłą zdolność wydobywania z aktorów tego co najlepsze, obsadzania ich w rolach, w których naprawdę błyszczą pełnym blaskiem. I w "Nienawistnej ósemce" obsada jest naprawdę wyborna. Żeby tylko wymienić takie nazwiska jak Tim Roth, Bruce Dern czy Kurt Russell. Najlepiej z nich wszystkich prezentują się jednak Samuel L.Jackson, który gra bardzo wyrazistą, ni to pozytywną ni to negatywną postać, która kradnie dla siebie ekran za każdym razem gdy rozpoczyna swój dialog, oraz Jennifer Jaison Leigh, która błyszczy na drugim planie mimo tego, że jej postać jest okrutnie poniewierana przez innych bohaterów i reżysera. Całość oczywiście kończy się obowiązkową makabrą, która co prawda wypada trochę lepiej niż w "Django", być może dlatego, że jest bardziej rozłożona w czasie, choć zdecydowanie więcej w niej makabry i obrzydliwości. Tak jakby Tarantino chciał się trochę odkuć za zaskakujące ograniczenie tych elementów w "Death Proof". I choć "Nienawistnej ósemki" nie można nazwać rozczarowaniem, bo jak każdy film Tarantino prezentuje poziom lepszy od niejednej amerykańskiej produkcji, to jednak pozostawia po sobie uczucie pewnego niespełnienia.
7/10
Komentarze
Prześlij komentarz