Joy

David O. Russell do swojego najnowszego filmu zaprosił po raz trzeci Roberta De Niro, Bradleya Coopera i Jennifer Lawrence.  Wszyscy oni grali już w poprzednich projektach reżysera: "Poradniku pozytywnego myślenia" oraz "American Hustle".  Tym razem jednak zdaje się, że Russell zrealizował tę produkcję specjalnie pod Jennifer Lawrence.  Pozostali aktorzy są tylko dodatkiem do głównej bohaterki, przeszkadzającym tłem, które burzy spokój jej postaci, wprowadza chaos i zamieszanie w jej życie.  "Joy" jest popisowym koncertem umiejętności aktorskich Lawrence, która napędza ten seans, nadaje mu charakteru, powoduje, że chce się go oglądać.  Sama historia bowiem na pierwszy rzut oka nie sprawia wrażenie takiej, która wciągnie bądź też zahipnotyzuje.  A dzięki Jennifer tak się właśnie dzieje.

Lawrence wciela się tutaj w rolę młodej kobiety, ledwo wiążącej koniec z końcem, która żyje w rozpadającym się domu z dwójką dzieci, babcią, matką i ojcem, oraz mężem z którym rozwiodła się dwa lata temu.  Życie jej nie rozpieszcza, ale dziewczyna zawsze miała bujną wyobraźnię i wiele praktycznych pomysłów ułatwiających codzienne obowiązki.  Jednym z nich był pomysł na samo wyżynający się mop.  I o tym jak ten z pozoru prosty wynalazek zawojował Amerykę, jest właśnie ta historia.  A właściwie o tym, jak ciężko było Joy wprowadzić go w życie, przekonać do niego wpierw swoją rodzinę, a później konsumentów.  Russell wyraźnie chciał dodać odrobinę magii do tej opowieści, pewnego specyficznego klimatu niezwykłości.  Stąd liczne sny na jawie, przywidzenia jakie miewają bohaterowie, czy przerysowanie niektórych postaci.  Matka uzależniona od oper mydlanych, ojciec rozwodnik szukający prawdziwej miłości poprzez telefoniczne randki, zazdrosna przyrodnia siostra prowadząca wraz z ojcem warsztat samochodowy tuz przy nielegalnej strzelnicy, były mąż marzący o rozstaniu nowym Tomem Jonesem.  Zgraja dziwaków, którzy swoimi problemami ciągną dziewczynę na dno.  Przez cały pierwszy akt, przez tłum postaci i na siłę dodawaną niezwykłość świata, ma się wrażenie, że Russell tworząc ten film bardzo inspirował się dokonaniami Wesa Andersona.  Czarnym humorem, wyrazistością postaci, nierealnością świata przeplatającą się z ludzkim dramatem.  Ale o ile Anderson jest mistrzem w tym co robi, Russellowi ta żonglerka stylami wymyka się spod kontroli, powodując, że film ten coraz mocniej męczy i irytuje, przeskakując nieustannie od komedii, do dramatu, od pesymizmu do bajkowości.

Całe szczęście dość szybko następuje jednak punkt zwrotny, moment gdy Joy wpada na pomysł nowego wynalazku.  I od tej chwili, od momentu gdy kredkami swojej córki zaczyna rysować szkic swojego pomysłu, a później budować pierwszy prototyp, tak aby najbliżsi zrozumieli o co jej chodzi, film ten nabiera rumieńców.  Całość nabiera wiatru w żagle, zaczyna interesować, dążyć we właściwym kierunku.  Przerysowana rodzina schodzi na drugi plan, w centrum pozostawiając przede wszystkim bohaterkę i jej kolejne starania by coś w życiu osiągnąć.  Próby realizacji american dream.  I co niezwykłe, choć ciągle mowa o czymś tak prozaicznym, codziennym i zwyczajnym jak mop, ta droga bohaterki do sukcesu naprawdę wciąga, a kolejne sukcesy i porażki Joy naprawdę emocjonują.  Prezentacja w stacji telemarketingowej, pierwsze show na żywo, to sceny, które hipnotyzują, które podnoszą napięcie, które ogląda się jednym tchem.  Świetne tempo, idealny montaż, zdecydowane prowadzenie i fantastyczna Lawrence, która kolejny już raz udowadnia, że jest naprawdę świetną aktorką.

7/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017