Magic Mike XXL
Pierwszy "Magic Mike" okazał się ogromnym sukcesem. Chyba nawet dla samych twórców popularność tamtego obrazu była zaskoczeniem. Niezależny film zrealizowany za kilka milionów dolarów, w samych Stanach zarobił ponad sto milionów, przez wiele tygodni przyciągając do kin tłumy widzów. Była to w pewnym sensie opowieść zainspirowana doświadczeniami Channinga Tatuma, który w młodym wieku tańczył w klubach. Film Soderberhga choć reklamowany jako film o męskim striptizie, był jednak czymś znacznie więcej niż tylko zbiorem ładnych układów tanecznych w których znani aktorzy pokazywali odrobinę ciała. Był ciekawym spojrzeniem na świat striptizerów, filmem częściej ukazującym bohaterów od kuchni, niż na scenie. Filmem znacznie mądrzejszym i głębszym niż można było sądzić. Charaktery bohaterów, ich historie były ważniejsze od ich ciał, choć i cielesności twórcy nam szczególnie nie oszczędzali. Po sukcesie pierwszej części realizacja kontynuacji stała się niejako koniecznością. I niestety ten przymus powstania tego filmu jest w nim bardzo odczuwalny. Czuć zdecydowanie, że twórcy nie mieli na niego pomysłu.
Fabuła jest banalnie prosta. Mike od trzech lat już nie tańczy. Rozkręca swój biznes, choć interes idzie bardzo ciężko. Spotkanie z dawnymi znajomymi obudzi w nim jednak dawne wspomnienia, skrywane pragnienia, i już wkrótce znów zechce wystąpić na scenie. A tak się akurat składa, że jego dawni znajomi jadą właśnie na konwent striptizerów, na którym mają zamiar dać swój ostatni, wielki występ. Po drodze będą zatrzymywać się w różnych miejscach, dawać większe i mniejsze występy, spotykać dawnych znajomych, ale przede wszystkim nieustannie ględzić. Z filmu, który opowiadając historię kilku chłopaków, przy okazji rzucał trochę światła na świat męskich tancerzy erotycznych, obraz ten stał się taką trochę nieśmieszną komedią kumpelską, trochę przegadanym filmem drogi, trochę na siłę rozerotyzowanym widowiskiem z facetami w stringach, którzy jednak zbyt wiele pokazać nie mogą, by nie wskoczyć w jeszcze wyższą kategorię wiekową. To taki przeplatający się zbiór rozmów i tańca erotycznego. Bez Dallasa i Młodego, o których tylko na początku bohaterowie wspominają, zdawkowo wyjaśniając ich nieobecność. Całości nie przewodzi już Steven Soderbergh, który choć pod pseudonimem zrealizował zdjęcia do tego filmu i całość wyprodukował, tym razem nie reżyserował. I tę zmianę na stołku reżysera czuć przeogromnie, bo "Magic Mike XXL" to film całkowicie pozbawiony tempa.
Ta kontynuacja to taki zlepek luźnych scen, które nie wywołują żadnych emocji. Obojętnie czy dotyczą poważniejszych rozmów, czy rozbieranego tańca. I choć układy taneczne są tym razem bardziej rozbudowane, choć jest ich znacznie więcej (a w finale następuje mega kumulacja), to naprawdę od samego początku, aż po napisy końcowe wieje tutaj nudą. Nie udaje się twórcom poprzez rozmowy powiedzieć czegoś więcej o zwodniczości tego zawodu, który z zewnątrz wydaje się piękny, doskonały tak jak idealnie wyrzeźbione sylwetki bohaterów, podczas gdy wiążą się z nim bardzo przyziemne problemy - niepewność jutra, czekanie na lepszą pracę, niepewne zarobki. Twórcom nie udaje się również rozgrzać atmosfery układami tanecznymi, które są mechaniczne i nijakie. A wszystko przez to, że w "XXL" to ciało stało się ważniejsze od bohaterów. Bez wgłębiania się w postaci, ich emocje, filmowi brakuje napięcia, energii, konfliktu i prawdziwego celu, który by całość napędzał. Gibkie ruchy Tatuma, kilka gołych klat, to zdecydowanie za mało by napędzić cały film. Zupełnie jakby twórcy skorzystali z samej powłoki poprzedniej części, ale zapomnieli, że mieli pod nią intrygującą historię, duszę poruszającą piękne ciała. Bez niej nawet największe mięśnie nie są w stanie zachwycić.
Na domiar złego tym razem twórcy starają się na siłę dodać pikanterii kolejnym scenom. Działać na podświadomość, bawić się w proste skojarzenia. W związku z czym wszystkie nawet najzwyklejsze sceny ustawiają tak, by były jak najbardziej dwuznaczne. A co za tym idzie by kojarzyły się z jednym - z seksem. Wymieniać można by długo, część takich zagrywek widać było już w zwiastunach - gdy Mike spawa w swoim warsztacie, wygląda to tak jakby iskry leciały z jego sprzętu. Gdy inny tancerz rozchlapuje bitą śmietanę, ukazane jest to w taki sposób aby jednoznacznie kojarzyło się z wytryskiem. Nachalność w pewnym momencie staje się wulgarna, odpychająca. To co było siłą pierwszej części, pewien czar, niedopowiedzenie, tutaj całkowicie znikło. Twórcy nie pozostawiają nic wyobraźni, a przecież właśnie to czego się domyślamy jest najbardziej podniecające, to czego nie widać, lub to co widać z ukrycia, przelotnie. I choć jest w tym filmie kilka fajnych scen, jak chociażby spontaniczny taniec w sklepie, czy długa scena w domu kilku gospodyń domowych (w której wreszcie widać i czuć co Ci mężczyźni robią z kobietami, w której wreszcie sypią się iskry, choć nikt się nie rozbiera), to całość się nijak nie klei, nie ekscytuje, nie bawi. Bo magii w tym Mike'u, niestety wiele nie zostało.
5/10
Fabuła jest banalnie prosta. Mike od trzech lat już nie tańczy. Rozkręca swój biznes, choć interes idzie bardzo ciężko. Spotkanie z dawnymi znajomymi obudzi w nim jednak dawne wspomnienia, skrywane pragnienia, i już wkrótce znów zechce wystąpić na scenie. A tak się akurat składa, że jego dawni znajomi jadą właśnie na konwent striptizerów, na którym mają zamiar dać swój ostatni, wielki występ. Po drodze będą zatrzymywać się w różnych miejscach, dawać większe i mniejsze występy, spotykać dawnych znajomych, ale przede wszystkim nieustannie ględzić. Z filmu, który opowiadając historię kilku chłopaków, przy okazji rzucał trochę światła na świat męskich tancerzy erotycznych, obraz ten stał się taką trochę nieśmieszną komedią kumpelską, trochę przegadanym filmem drogi, trochę na siłę rozerotyzowanym widowiskiem z facetami w stringach, którzy jednak zbyt wiele pokazać nie mogą, by nie wskoczyć w jeszcze wyższą kategorię wiekową. To taki przeplatający się zbiór rozmów i tańca erotycznego. Bez Dallasa i Młodego, o których tylko na początku bohaterowie wspominają, zdawkowo wyjaśniając ich nieobecność. Całości nie przewodzi już Steven Soderbergh, który choć pod pseudonimem zrealizował zdjęcia do tego filmu i całość wyprodukował, tym razem nie reżyserował. I tę zmianę na stołku reżysera czuć przeogromnie, bo "Magic Mike XXL" to film całkowicie pozbawiony tempa.
Ta kontynuacja to taki zlepek luźnych scen, które nie wywołują żadnych emocji. Obojętnie czy dotyczą poważniejszych rozmów, czy rozbieranego tańca. I choć układy taneczne są tym razem bardziej rozbudowane, choć jest ich znacznie więcej (a w finale następuje mega kumulacja), to naprawdę od samego początku, aż po napisy końcowe wieje tutaj nudą. Nie udaje się twórcom poprzez rozmowy powiedzieć czegoś więcej o zwodniczości tego zawodu, który z zewnątrz wydaje się piękny, doskonały tak jak idealnie wyrzeźbione sylwetki bohaterów, podczas gdy wiążą się z nim bardzo przyziemne problemy - niepewność jutra, czekanie na lepszą pracę, niepewne zarobki. Twórcom nie udaje się również rozgrzać atmosfery układami tanecznymi, które są mechaniczne i nijakie. A wszystko przez to, że w "XXL" to ciało stało się ważniejsze od bohaterów. Bez wgłębiania się w postaci, ich emocje, filmowi brakuje napięcia, energii, konfliktu i prawdziwego celu, który by całość napędzał. Gibkie ruchy Tatuma, kilka gołych klat, to zdecydowanie za mało by napędzić cały film. Zupełnie jakby twórcy skorzystali z samej powłoki poprzedniej części, ale zapomnieli, że mieli pod nią intrygującą historię, duszę poruszającą piękne ciała. Bez niej nawet największe mięśnie nie są w stanie zachwycić.
Na domiar złego tym razem twórcy starają się na siłę dodać pikanterii kolejnym scenom. Działać na podświadomość, bawić się w proste skojarzenia. W związku z czym wszystkie nawet najzwyklejsze sceny ustawiają tak, by były jak najbardziej dwuznaczne. A co za tym idzie by kojarzyły się z jednym - z seksem. Wymieniać można by długo, część takich zagrywek widać było już w zwiastunach - gdy Mike spawa w swoim warsztacie, wygląda to tak jakby iskry leciały z jego sprzętu. Gdy inny tancerz rozchlapuje bitą śmietanę, ukazane jest to w taki sposób aby jednoznacznie kojarzyło się z wytryskiem. Nachalność w pewnym momencie staje się wulgarna, odpychająca. To co było siłą pierwszej części, pewien czar, niedopowiedzenie, tutaj całkowicie znikło. Twórcy nie pozostawiają nic wyobraźni, a przecież właśnie to czego się domyślamy jest najbardziej podniecające, to czego nie widać, lub to co widać z ukrycia, przelotnie. I choć jest w tym filmie kilka fajnych scen, jak chociażby spontaniczny taniec w sklepie, czy długa scena w domu kilku gospodyń domowych (w której wreszcie widać i czuć co Ci mężczyźni robią z kobietami, w której wreszcie sypią się iskry, choć nikt się nie rozbiera), to całość się nijak nie klei, nie ekscytuje, nie bawi. Bo magii w tym Mike'u, niestety wiele nie zostało.
5/10
Komentarze
Prześlij komentarz