Magia w blasku księżyca / Magic in the Moonlight

W najnowszych filmach Woddy'ego Allena strasznie denerwujące bywa to, że nawet jeśli nie gra on głównej roli (co zdarza się coraz częściej), to i tak pojawia się jakiś bohater, który jest właściwie jego odpowiednikiem.  Posiada jego charakter, ma podobne poglądy.  Jest kąśliwym zrzędą, który nie wierzy w szczęście, istnienie siły wyższej, podchodzi do życia bez jakichkolwiek złudzeń ułatwiających przetrwanie trudniejszych chwil.  W "Magii w blasku księżyca" takim wciśniętym na siłę w charakter Allena bohaterem jest postać grana przez Colina Firtha, który niestety strasznie męczy się w tej roli, nie mogąc w pełni zagłębić się w postaci.  Firth wciela się tutaj w pewnego siebie, właściwie obrosłego w piórka magika, który nie wierzy w istnienie świata duchowego i w wolnych chwilach zajmuje się demaskowaniem ludzi podających się za medium.  Na prośbę swego kolegi przyjeżdża do Francji by zdemaskować młodą dziewczynę, najprawdopodobniej kolejną oszustkę, która twierdzi, że potrafi odbierać wibracje ze świata umarłych i kontaktować się z tymi, którzy już odeszli.  A całość dzieje się pod koniec lat dwudziestych ubiegłego wieku.

Allen ostatnimi czasy, odkąd rozpoczął podróże po europejskich miastach, kręcąc filmy w rocznych odstępach, odwiedzając kolejne piękne zakątki Starego Kontynentu, stał się twórcą bardzo nierównym.  Być może wynika to z tak wielkiego tempa z jakim kręci kolejne filmy, być może ze stażu, w końcu jego działalność twórcza trwa od wielu, wielu lat.  Trudno jednoznacznie stwierdzić, faktem jest jednak to, że poziom jego ostatnich dokonań jest bardzo nierówny.  Zdarzają się filmy bardzo dobre, jak chociażby "Wszystko gra", lub niedawne "Blue Jasmine", zdarzają się również przerywniki typu "Poznasz przystojnego bruneta", "Scoop", czy najnowsze "Magia w blasku księżyca", które pozostawiają wiele do życzenia.  Obrazy tworzone jakby od niechcenia, byleby tylko wypełnić grafik i dotrzymać narzuconego tempa.  Filmy strasznie lekkie, błahe, właściwie totalnie o niczym, które nie pozostawiają po sobie żadnego śladu.  Przez swoją lekkość jeszcze bardziej pokazujące, że przynależą do gatunku kina jakiego już właściwie nie ma.  Niczym teatr telewizji, rozgrywające się scena po scenie, każda na sztywno oddzielona od poprzedniej, w których królują wszystko opisujące dialogi, informujące o tym co się dzieje i co się dopiero wydarzy.

W czasie seansu Allen stawia pytanie: jakie jest lepsze podejście do życia: pełne pragmatycznego spojrzenia na świat, pozbawione nadziej, pełne goryczy i smutku, czy przepełnione złudzeniami na temat otaczającej rzeczywistości i ludzi, ale optymistyczne, prezentujące się w radośniejszych kolorach?  Wokół tego pytania, które oczywiście doczeka się odpowiedzi w prostym morale wygłoszonym pod koniec seansu, reżyser tworzy nierealną, nudną i strasznie błahą bajkę, która rozgrywa się w udawanym, bardzo umownym świecie.  Bajkę, która zbudowana jest według prostej, przewidywalnej konstrukcji.  Z początku postawiona teza, która w międzyczasie poddawana jest niewielkim wątpliwościom, by pod koniec zostać okraszoną obowiązkowym morałem.  Komedia romantyczna, w której między bohaterami nie ma ani odrobiny chemii, ale w pełni zostaje zrealizowany, wykorzystywany po wielokroć, typowy schemat.  Ona i on, z początku wrogo do siebie nastawieni, wraz z rozwojem akcji powoli się poznający, by wreszcie, pod sam koniec, uznać, że nie mogą bez siebie żyć.  Denerwujący romans, który musi się wydarzyć bo tak sobie umyślił reżyser, choć nijak tutaj taki romantyczny związek nie pasuje.

5/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017