Klub Jimmy'ego / Jimmy's Hall
Z filmami, które traktują o fragmentach historii (bez znaczenia czy małych czy wielkich społeczności) wiąże się pewna trudność. O ile jednocześnie nie mówią o uniwersalnych wartościach, o ile nie odnoszą historycznych sytuacji do ogólnych problemów, stają się zbyt hermetyczne, by zaciekawić, wciągnąć tych, którzy nie zaznajomieni są z wydarzeniami, które poruszane są w danej produkcji. A znowu chcąc przybliżyć historię dokładniej tym, którzy o niej nie wiedzą, łatwo mogą wpaść na ścieżkę nudnego wykładu na temat. I tak źle i tak niedobrze. Twórcy „Klubu Jimmy'ego" stanęli niejako w rozkroku decydując się na realizację tego filmu. Z jednej strony chcieli nakręcić prostą opowieść o człowieku, który dla dobra społeczności przeciwstawił się księdzu i rządzącym, z drugiej jednak strony chcieli ją umocnić w historii, przybliżając tło historyczne, tłumacząc nie do końca zrozumiałe wydarzenia. Stworzyli tym samym film, który chwilami jest mało zrozumiały, bo jednak bardzo osadzony w przeszłym "tam i kiedyś", a który chwilami zbyt mocno politykuje (szczególnie w drugiej połowie), oddalając się od bohaterów i ich prywatnych rozterek.
Irlandia, lata 30 ubiegłego wieku. Po dziesięciu latach spędzonych w USA do kraju powraca Jimmy Gralton. Chce na nowo osiedlić się w niewielkiej miejscowości z której pochodzi, wieść spokojne życie i pomagać matce w prowadzeniu gospodarstwa. Dziesięć lat temu musiał uciekać z kraju, ponieważ klub, który prowadził budził zbyt wiele kontrowersji. Ze Stanów przegonił go za to kryzys gospodarczy uniemożliwiający dalsze życie w Ameryce. O powrocie Jimmy’ego szybko dowiaduje się lokalna młodzież i bardzo namawia go do ponownego otwarcia klubu. Miejsca w którym można było się uczyć, wymieniać poglądy, bawić do rana, otwarcie mówić o tym co się myśli i czuje. Gdzie organizowane były przeróżne zajęcia: malarstwo, boks, nauka tańca, dyskusje na temat przeczytanych książek. Miejsce, które pożytkowało energię i wyobraźnię ludzi nie mających przed sobą zbyt wyraźnych perspektyw. Bohater początkowo waha się, pamiętając jak poprzednio skończyło się dla niego prowadzenie takiego miejsca, jednak w końcu ustępuje i ponownie otwiera swój klub. Tym samym na nowo rozpoczyna się konflikt między nim, konserwatystami, a lokalnym księdzem, upatrującym w przybytku źródło wszelkiego zła.
„Klub Jimmy’ego” opowiedziany jest w raczej swobodnej, spokojnej, odrobinie melancholijnej atmosferze, która najlepiej wybrzmiewa w niewielkich scenach (tych rozgrywających się w bliskiej odległości między dwoma postaciami), oraz w portretach zwykłych sytuacji, jak chociażby organizowanych tańcach w klubie, czy intymnych rozmowach, prowadzonych gdzieś z dala od zgiełku codzienności. Gorzej rzecz się ma z budowaniem napięcia, w momentach narastających konfliktów między różnymi grupami. Zaogniające się sytuacje powinny kipieć od emocji, podnosić ciśnienie, ale ich rosnącej temperatury niestety się nie odczuwa. Jedynie zdaje się sobie sprawę ze znaczenia kolejnych wydarzeń i konsekwencji jakie z nich mogą wypływać. Pod tym względem "Klub Jimmy'ego" okazuje się być filmem zaskakująco płaskim, zagranym i przedstawionym na jednym poziomie emocjonalnym. Bez górek, bez iskry, która podkręcałaby napięcie i rozpędzała akcję w kluczowych momentach. Z początku film ten jest też odrobinę chaotyczny, nierówny, za bardzo przeskakujący między kolejnymi wątkami, i planami czasowymi, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy zamierzają opowiadać historię z dnia dzisiejszego, czy chcą cofnąć się o dziesięć lat, przybliżając przeszłość bohaterów, czy mają jeszcze jakiś inny zamiar.
6/10
Irlandia, lata 30 ubiegłego wieku. Po dziesięciu latach spędzonych w USA do kraju powraca Jimmy Gralton. Chce na nowo osiedlić się w niewielkiej miejscowości z której pochodzi, wieść spokojne życie i pomagać matce w prowadzeniu gospodarstwa. Dziesięć lat temu musiał uciekać z kraju, ponieważ klub, który prowadził budził zbyt wiele kontrowersji. Ze Stanów przegonił go za to kryzys gospodarczy uniemożliwiający dalsze życie w Ameryce. O powrocie Jimmy’ego szybko dowiaduje się lokalna młodzież i bardzo namawia go do ponownego otwarcia klubu. Miejsca w którym można było się uczyć, wymieniać poglądy, bawić do rana, otwarcie mówić o tym co się myśli i czuje. Gdzie organizowane były przeróżne zajęcia: malarstwo, boks, nauka tańca, dyskusje na temat przeczytanych książek. Miejsce, które pożytkowało energię i wyobraźnię ludzi nie mających przed sobą zbyt wyraźnych perspektyw. Bohater początkowo waha się, pamiętając jak poprzednio skończyło się dla niego prowadzenie takiego miejsca, jednak w końcu ustępuje i ponownie otwiera swój klub. Tym samym na nowo rozpoczyna się konflikt między nim, konserwatystami, a lokalnym księdzem, upatrującym w przybytku źródło wszelkiego zła.
„Klub Jimmy’ego” opowiedziany jest w raczej swobodnej, spokojnej, odrobinie melancholijnej atmosferze, która najlepiej wybrzmiewa w niewielkich scenach (tych rozgrywających się w bliskiej odległości między dwoma postaciami), oraz w portretach zwykłych sytuacji, jak chociażby organizowanych tańcach w klubie, czy intymnych rozmowach, prowadzonych gdzieś z dala od zgiełku codzienności. Gorzej rzecz się ma z budowaniem napięcia, w momentach narastających konfliktów między różnymi grupami. Zaogniające się sytuacje powinny kipieć od emocji, podnosić ciśnienie, ale ich rosnącej temperatury niestety się nie odczuwa. Jedynie zdaje się sobie sprawę ze znaczenia kolejnych wydarzeń i konsekwencji jakie z nich mogą wypływać. Pod tym względem "Klub Jimmy'ego" okazuje się być filmem zaskakująco płaskim, zagranym i przedstawionym na jednym poziomie emocjonalnym. Bez górek, bez iskry, która podkręcałaby napięcie i rozpędzała akcję w kluczowych momentach. Z początku film ten jest też odrobinę chaotyczny, nierówny, za bardzo przeskakujący między kolejnymi wątkami, i planami czasowymi, jakby twórcy nie mogli się zdecydować, czy zamierzają opowiadać historię z dnia dzisiejszego, czy chcą cofnąć się o dziesięć lat, przybliżając przeszłość bohaterów, czy mają jeszcze jakiś inny zamiar.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz