Power Rangers

Nie ukrywam, jako dziecko uwielbiałem "Power Rangers".  I choć dzisiaj pojąć nie mogę jak mógł mi się podobać ten głupiutki, infantylny serial, to jako kilkulatek świetnie bawiłem się oglądając kolejne odcinki.  Znam przede wszystkim pierwszy sezon czyli "Mighty Morphin" ale i późniejsze jak chociażby "Zeo" nie są mi obce.  "Power Rangers" już dwa razy próbowało swojej szansy na wielkim ekranie, jednak wtedy proponowano jedynie filmy w formie wydłużonego odcinka serialu, przez co produkcje te nie przyciągnęły tłumów.  Teraz przyszedł czas na kolejną próbę.  Z jednej strony łatwiejszą, bo żyjemy w czasach gdy w kinie królują ekranizacje komiksów, kolejne filmy o superbohaterach.  Z tej samej przyczyny jednak mocno wymagającą bo w zalewie kolejnych sequeli, prequeli i rebootów o zamaskowanych bohaterach, by odnieść sukces trzeba się wyróżnić.  A "Power Rangers" z pozoru wyglądają jak połączenie "Transformers", „Pacific Rim” i "Iron Mana", czyli kombinacji obrazów, które całkiem niedawno gościły na wielkim ekranie.  A taka pozorna powtarzalność zdecydowanie nie wpłynie dobrze na pozytywny odbiór tego widowiska.  Poza tym nie da się ukryć, że oryginalny serial był momentami mocno żenujący i stworzyć na jego podstawie coś co nada się do kin, co porwie tłumy, nie należało do najłatwiejszych zadań.  Jednak o dziwo się udało.

Twórcy nowych "Power Rangers" poszli w bardzo dobrym kierunku kreując swoją produkcję na wzór origin postaci komiksowych.  Samych Rangersów mamy tutaj stosunkowo niewiele, na to przyjdzie jeszcze czas w kolejnych filmach.  Ten pierwszy obraz wyświetlany właśnie w naszych kinach ma za zadanie przedstawić nam bohaterów, wprowadzić w trochę zmienione uniwersum wojowników mocy, pokazać założenia tej budowanej od początku mitologii, położyć fundamenty pod kolejne filmy.  I robi to wyśmienicie.  To co się tutaj przede wszystkim udaje to bohaterowie.  Pięcioro niezwykle sympatycznych nastolatków, którzy aby stać się Power Rangers muszą się wpierw poznać i polubić.  Dzieciaki nieźle grają, a ponieważ ich bohaterowie są konkretnie nakreśleni, od razu się ich lubi.  Jest Jason, który przez kontuzje musiał przerwać karierę sportowca i zupełnie sobie z tym nie radzi.  Jest Kimberly, która została wykluczona ze swojego dotychczasowego otoczenia za to co zrobiła w szkole.  Jest Billy, czyli niezwykle inteligentny, błyskotliwy chłopak, który ma ogromne trudności w nawiązywaniu relacji międzyludzkich.  Jest Trini, czyli nowa dziewczyna w szkole, której konserwatywni rodzice chcą narzucić jedyny, w ich mniemaniu właściwy sposób na życie.  Jest wreszcie Zack, opiekujący się chorą matką.  Każdy z nich jest na swój sposób zbuntowany, niedopasowany, zmagający się z jakimś problemem.  Niby banał, niby schemat, ale napisany na tyle sprawnie i na tyle lekko zagrany, że nie boli.  Z resztą cały film ma w sobie taką lekkość.  Jest nakręcony z dużym dystansem do siebie i swego otoczenia.  Świetne jest chociażby to, że dzieciaki nie wierzą w to co odkrywają i żartują z bycia jedynym ratunkiem dla świata.  Świetne są tu również nawiązania do konkurencyjnych filmów, chociażby "Transformers" czy "Iron Mana".  Całe szczęście film ten doskonale zdaje sobie sprawę z tego czym tak naprawdę jest.  To głupiutka ale przyjemna rozrywka dla nastolatków, ożywienie serialu do którego nie można podchodzić na poważnie.

Dla tych, którzy nie znają oryginalnych "Power Rangers" film ten może wydać się zwykłą kolorową papką zrzynającą z konkurencji.  Jednak Ci, którzy choć trochę pamiętają serial z lat 90., będą w pełni usatysfakcjonowani z tego jak twórcom udało się przenieść tę opowieść na wielki ekran.  Sporo w tej produkcji smaczków, mrugnięć okiem skierowanych do tych, którzy znają poprzednie wcielenia Rangersów.  I choć kinowe uniwersum Power Rangers różni się trochę od serialowego (zmieniono chociażby to kim jest Rita, skąd pochodzą Zordon i Alpha, oraz sam wybór nastolatków na wojowników ma tym razem mniej idealistyczny wydźwięk), to twórcy nie zapominają o stałych punktach programu.  Jest więc Rita Repulsa (z radością i rozbrajającą szarżą zagrana przez Elizabeth Banks), jest banda kitowców (tutaj w postaci skalistych potworów), i oczywiście gigantyczny potwór, złoty Goldar, którego Rita tworzy przy pomocy swojej różdżki.  Jest pięcioro kolorowych Rangersów, są ich dino-zordy, jest też Mega-Zord walczący pod sam koniec.  Jest Alpha i jego „Ajajaj!”, jest twarz Zordona pojawiająca się na ścianie (świetnie, że pomiędzy nim a nastolatkami dochodzi do tarć i ta relacja nie jest tak bardzo oczywista).  Jest odśpiewany motyw „Go Go Power Rangers”, jest wreszcie cameo dwójki najbardziej lubianych Rangersów z pierwszego serialu. Zabrakło jedynie (na szczęście) najbardziej żenującego elementu serialu czyli Czachy i Mięśniaka.  I choć nie mogę napisać, że nowe „Power Rangers” jest dobrym filmem, bo takim w żadnym wypadku nie jest, to jednak jako kolorowy, wybuchowy wstęp do nowej serii filmów i pierwszy obraz z ożywionego uniwersum, spisuje się zaskakująco nieźle.

7/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017