Ghost in the Shell
Nie da się ukryć, że twórcy amerykańskiego "Ghost in the Shell" porwali się na arcytrudne i właściwie niemożliwe do wykonania zadanie. Zdecydowali się na nowo zaprezentować historię, która ponad dwadzieścia lat temu została już raz opowiedziana w anime, które dzisiaj uważane jest za kultowe. Na drodze stały więc przeszkody w postaci różnicy językowej, odległości czasowej oraz faktu przerabiania czegoś co kiedyś zostało uznane za wybitne i co miało ogromny wpływ na dzieła powstające później. Pomysły, idee prezentowane w oryginalnym anime, które swoją premierę miało ponad dwadzieścia lat temu, musiały być przełomowe, wyjątkowe. Sama historia, tyle lat temu musiała być niezwykła. Dziś, gdy ta opowieść została wielokrotnie przemielona na różne sposoby i zużyta w wielu filmach, siłą rzeczy nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś. Zdaje się być powtórką z rozrywki, sklejką tego co kiedyś było wielkie. Jednak znając Hollywood można było się obawiać, że ta ekranizacja będzie znacznie gorsza i w ogóle się nie uda. Na szczęście jest lepsza od chociażby większości ekranizacji gier komputerowych. Nie znaczy to jednak niestety, że jest dobrym filmem. Amerykańskie "Ghost in the Shell" choć nie jest filmem nieudanym, jest obrazem nijakim, przezroczystym, odtwórczym, ugrzecznionym, zbędnym.
Gdy podczas napisów początkowych pojawia się informacja, że soundtrack skomponował m.in. Clint Mansell, automatycznie zaczyna się mieć nadzieję na muzykę, która się wyróżni, która zostanie po seansie, której będzie chciało się słuchać w oderwaniu od filmu. Znając dorobek kompozytora (żeby tylko wymienić "Requiem dla snu" czy "Źródło") odruchowo czeka się na dźwięki, które nie będą zwyczajne. A tymczasem już po kilkunastu minutach okazuje się, że soundtrack jest zupełnie bezpłciowy, nieciekawy, właściwie żaden. To nijaki standard, który nie przykuwa uwagi, który nie tworzy klimatu, który jest zwykłym tłem, jakich wiele. I niestety taki sam jest też i film. Z pozoru inny, mający ogromny potencjał na obraz zapadający w pamięć, wpływający na widza, a zadowalający się przeciętnością, nijakością, która nie wywołuje żadnych emocji. Jest nudny, pozbawiony życia, nijaki. Akcja rozwija się właściwie nie wiadomo po co, całość dąży w zupełnie nieistotnym kierunku, nie prezentując zbyt wiele, spychając interesujące, intrygujące wątki na bok, by akcją, i typowymi rozwiązaniami wypełnić kolejne minuty. Podczas seansu ma się wrażenie, że twórcy przedstawiają zaledwie fragment większej historii, jakby chcieli zatrzymać najlepsze na później, jakby mieli nadzieję, że ten film będzie zaledwie pierwszą z wielu części, w których będą mogli przedstawić wszystko to, co teraz zaledwie sygnalizują, bądź całkiem ukrywają gdzieś w cieniu. Jak pokazują jednak bardzo słabe wyniki z box-office plan nowego uniwersum się jednak najprawdopodobniej nie powiedzie.
Sam film jest okrutnie powtarzalny. I nie chodzi tylko o to, że nawiązuje do poprzednich produkcji sci-fi (które inspirowane były w jakimś stopniu anime), ale również sam siebie powtarza. Jak chociażby dwukrotnie wypowiadając złotą myśl mówiącą o tym, że to nie przeszłość nas definiuje, ale nasze czyny - na samym początku seansu, oraz w finale, który nie ma w sobie żadnej siły oddziaływania. Jedyne co się w tej produkcji tak naprawdę udaje to kreacja miasta przyszłości, które jest połączeniem współczesnego Tokio, zachodnich metropolii, futurystycznych miast przyszłości, z dzisiejszymi dzielnicami biedy. Taka kompozycja bogatej przyszłości z biedną przeszłością, gigantycznymi hologramami, i najprostszymi rozwiązaniami jak tradycyjny czajnik z gwizdkiem, który już dziś jest w pewnym sensie przeżytkiem. Nowy "Ghost in the Shell" zawodzi niestety od strony treści, kompletnie nie wykorzystując potencjału jaki tkwił w pomyśle kombinacji robota z ludzkim umysłem, wielości pytań jakie pojawiają się z takiej kombinacji. Z tego intrygującego punktu wyjścia niestety nic konkretnego nie wynika. Film ten zawodzi również jako efektowne kino akcji, bo w sumie jest obrazem dość spokojnym, powolnym i niedofinansowanym. Przy finalnej potyczce głównej bohaterki z czołgiem jest kilka momentów, które wyglądają tak okrutnie sztucznie jakby twórcom zabrakło budżetu na efekty specjalne. Czegoś tak źle zrenderowanego nie widziałem w kinie od dawna.
5/10
Gdy podczas napisów początkowych pojawia się informacja, że soundtrack skomponował m.in. Clint Mansell, automatycznie zaczyna się mieć nadzieję na muzykę, która się wyróżni, która zostanie po seansie, której będzie chciało się słuchać w oderwaniu od filmu. Znając dorobek kompozytora (żeby tylko wymienić "Requiem dla snu" czy "Źródło") odruchowo czeka się na dźwięki, które nie będą zwyczajne. A tymczasem już po kilkunastu minutach okazuje się, że soundtrack jest zupełnie bezpłciowy, nieciekawy, właściwie żaden. To nijaki standard, który nie przykuwa uwagi, który nie tworzy klimatu, który jest zwykłym tłem, jakich wiele. I niestety taki sam jest też i film. Z pozoru inny, mający ogromny potencjał na obraz zapadający w pamięć, wpływający na widza, a zadowalający się przeciętnością, nijakością, która nie wywołuje żadnych emocji. Jest nudny, pozbawiony życia, nijaki. Akcja rozwija się właściwie nie wiadomo po co, całość dąży w zupełnie nieistotnym kierunku, nie prezentując zbyt wiele, spychając interesujące, intrygujące wątki na bok, by akcją, i typowymi rozwiązaniami wypełnić kolejne minuty. Podczas seansu ma się wrażenie, że twórcy przedstawiają zaledwie fragment większej historii, jakby chcieli zatrzymać najlepsze na później, jakby mieli nadzieję, że ten film będzie zaledwie pierwszą z wielu części, w których będą mogli przedstawić wszystko to, co teraz zaledwie sygnalizują, bądź całkiem ukrywają gdzieś w cieniu. Jak pokazują jednak bardzo słabe wyniki z box-office plan nowego uniwersum się jednak najprawdopodobniej nie powiedzie.
Sam film jest okrutnie powtarzalny. I nie chodzi tylko o to, że nawiązuje do poprzednich produkcji sci-fi (które inspirowane były w jakimś stopniu anime), ale również sam siebie powtarza. Jak chociażby dwukrotnie wypowiadając złotą myśl mówiącą o tym, że to nie przeszłość nas definiuje, ale nasze czyny - na samym początku seansu, oraz w finale, który nie ma w sobie żadnej siły oddziaływania. Jedyne co się w tej produkcji tak naprawdę udaje to kreacja miasta przyszłości, które jest połączeniem współczesnego Tokio, zachodnich metropolii, futurystycznych miast przyszłości, z dzisiejszymi dzielnicami biedy. Taka kompozycja bogatej przyszłości z biedną przeszłością, gigantycznymi hologramami, i najprostszymi rozwiązaniami jak tradycyjny czajnik z gwizdkiem, który już dziś jest w pewnym sensie przeżytkiem. Nowy "Ghost in the Shell" zawodzi niestety od strony treści, kompletnie nie wykorzystując potencjału jaki tkwił w pomyśle kombinacji robota z ludzkim umysłem, wielości pytań jakie pojawiają się z takiej kombinacji. Z tego intrygującego punktu wyjścia niestety nic konkretnego nie wynika. Film ten zawodzi również jako efektowne kino akcji, bo w sumie jest obrazem dość spokojnym, powolnym i niedofinansowanym. Przy finalnej potyczce głównej bohaterki z czołgiem jest kilka momentów, które wyglądają tak okrutnie sztucznie jakby twórcom zabrakło budżetu na efekty specjalne. Czegoś tak źle zrenderowanego nie widziałem w kinie od dawna.
5/10
Komentarze
Prześlij komentarz