Julieta

Wielki powrót Almodovara, mówili.  Film, którym hiszpański reżyser wraca do formy.  Film, na który warto było czekać.  No niestety nie do końca, bo choć "Julieta" nie jest tak nieudana jak "Przelotni kochankowie", to daleko jej do dawnych filmów reżysera.  I choć tendencja wzrostowa może cieszyć, to jednak po seansie pozostaje spory niedosyt, że Almodovar zaprezentował nam tak w sumie dość obojętny film.  Film harlequin, strasznie prosto napisany, przewidywalny, w którym choć coś się dzieje, to do niczego to dzianie się nie prowadzi.  Bo to taka na siłę łzawa opowiastka, która choć może i ładnie wygląda, to jednak budzi emocje jedynie na wierzchu, nie dotykając tego co wewnątrz.

Julieta to dojrzała kobieta, która wraz ze swoim partnerem ma zamiar wyjechać z rodzinnej Hiszpanii.  Jednakże wtedy, zupełnie przypadkiem dowiaduje się, że pewna znajoma z dawnych lat widziała jej córkę.  Córkę, która wiele lat temu, nagle, zerwała całkiem kontakt z matką i wybrała inne życie.  Julieta przez wiele lat nie mogła pogodzić się z tym odrzuceniem przez własne dziecko, dlatego bez chwili wahania decyduje się powrócić do dawnego domu, bo w ten sposób ma nadzieję odzyskać kontakt ze swym dzieckiem.  A tam, zaczyna rozpamiętywać swoje młodzieńcze lata, to jak poznała ojca swej córki, to jak wyglądało ich wspólne życie.  I, to tyle.

Największym problemem „Juliety” jest to, że jest to film, który nie potrafi się rozwinąć, nie potrafi przejść do właściwej historii.  Jego wstęp trwa bez końca i ciągle czeka się na rozpoczęcie tej głównej opowieści, na jakiś zwrot akcji, który spowoduje, że oprócz przewijających się wspomnień bohaterki, również zadzieje się coś w jej teraźniejszym życiu.  Almodovar woli jednak melodramat z przeszłości, tę bardzo prostym językiem rozegraną historię w której każdy z bohaterów coś przeżywa, z jakiegoś powodu cierpi.  Tragedia goni tragedię, teatralny dramat razi swoją sztucznością.  Uczucia, emocje są tu przesadnie rozbuchane, tak jak przesadnie jaskrawe bywają stroje w jakich paradują piękne bohaterki.

Po tym nieustannym zaglądaniu w przeszłość bohaterki, oczekiwałoby się, że w końcu będzie ono miało jakieś przełożenie na bieżące wydarzenia.  Problem jednak w tym, że ta nudna opowieść woli rozpamiętywanie dawnych uczuć, niż prezentowanie nowych zdarzeń.  Denerwująca jest strasznie maniera, z jaką Almodovar prowadzi ten film, nie poprzez ukazywanie zdarzeń, ale przez mówienie o nich.  Bohaterki wkraczają na scenę i z przejęciem oznajmiają co się u kogo dzieje, bądź co się stało.  Jakby tych zdarzeń nie można było po prostu pokazać.  Całość kończy się na niczym.  Julieta nie przechodzi żadnej przemiany, a gdyby nie interwencja z zewnętrz, to rozpamiętywanie dawnych dziejów, do niczego by jej nie doprowadziło.  Całość urywa się w momencie w którym tak naprawdę mogłaby się dopiero rozkręcić.

5/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017