Spotlight

"Spotlight" jest jednym z nielicznych filmów do którego wpisu nie napisałem od razu po seansie.  Zwykle jeszcze tego samego dnia, moje  wrażenia spływają na papier by jakiś czas później pojawić się na blogu.  "Spotlight" było wyjątkiem od reguły.  Bo choć obejrzałem ten film jak tylko pojawił się na polskich ekranach, do opisania odczuć z tego seansu zbierałem się ponad miesiąc.  I prawdę powiedziawszy nie wiem czy gdyby nie to, że obraz Toma MCarthy'ego zgarnął w tym roku Oscara za najlepszą produkcję, zmusiłbym się do napisania tej notki.  Bo choć temat tego filmu jest niezwykle ważny, tak już wykonanie pozostawia wiele do życzenia.  "Spotlight" jest bowiem filmem poprawnym, zwyczajnym, niezwykle wygładzonym, przez co w ogóle nie emocjonującym.  Filmem, który niewiele po sobie pozostawia.  To film, w którym najbardziej szokujące ze wszystkiego nie są prezentowane sytuacje, nie są zwroty akcji, ale... napisy końcowe, które opisują co działo się po wydarzeniach zaprezentowanych w tej produkcji.

"Spotlight" to historia specjalnego zespołu dziennikarzy o tej samej nazwie, którzy zajmują się śledztwami dziennikarskimi.  Czwórka zawodowców, którzy przez miesiące mozolnie pracują dokopując się do sedna sprawy, by znając wszystkie fakty, mając w zanadrzu twarde dowody, opisać rzetelnie dane zjawisko.  Zawsze mając na celu oddanie faktów, a nie tanią sensację.  Film McCarthy'ego opowiada o śledztwie jakie dziennikarze przeprowadzili kilka lat temu, badając sprawę molestowania nieletnich przez księży.  Rozpoczynając swoje śledztwo w Bostonie, by z przerażeniem odkryć, że ten problem jest globalny i obejmuje nie tylko księży w innych Stanach, ale i w innych krajach.  Reżyser ukazuje mozolną pracę dziennikarzy, ich próby odnalezienia świadków, ludzi, którzy zdecydowaliby się dla nich zeznawać, zbieranie dowodów, składanie poszczególnych elementów układanki w jedną, spójną całość. "Spotlight" staje się więc pochwałą dawnego, dobrego dziennikarstwa, jeszcze przed erą smartfonów, wiadomości błyskawicznych.  Pochwałą rzetelnego dziennikarstwa, które nie szuka sensacji, które dąży do prawdy i jest w stanie wstrzymać temat, byleby tylko być na sto procent pewnym, że nie jest on przekłamany.  By gotowy artykuł nie był tylko jednodniową sensacją, ale przyczynkiem do zmiany rzeczywistości.

Sam film okazuje się być jednak produkcją zaskakująco bezpieczną.  Choć opowiada ciekawą historię, robi to w sposób niezwykle ugrzeczniony, spokojny i przesadnie wyważony.  Tak jakby twórcy trochę przerazili się tematu pedofili w kościele, i by nie wywoływać wokół swej produkcji sensacji, wybrali najbardziej typową, ugrzecznioną formę na opowiedzenie tej historii.  Rozwijającej się spokojnie, prowadzonej od nitki do kłębka, bez większych zwrotów akcji czy zaskoczeń.  Być może taka prosta forma była celowym zabiegiem.  Tak jak dziennikarze Spotlight uciekali od taniej sensacji, mozolnie dążąc do suchej, konkretnej prawdy, tak i twórców tego filmu nie interesuje skandal.  Nie interesuje zabawa formą, podkręcanie napięcia, dolewanie oliwy do ognia.  Ważne jest tylko dziennikarskie śledztwo i jego wynik.  Efekt jaki przyniósł opublikowany artykuł.  Efekt wielomiesięcznej pracy.  Twórców tego filmu nie interesują nawet szczególnie bohaterowie o których nie dowiadujemy się zbyt wiele, tak jakby byli tylko środkiem do celu.  Takie potraktowanie tej historii, o ile spójne z postępowaniem filmowych postaci, pozbawia ten obraz emocji, powoduje, że staje się on niepotrzebnie odległy.  To profesjonalnie nakręcona, porządnie zrealizowana produkcja, która pozostawia po sobie jednak pewien niedosyt.

Na tegorocznej gali wręczenia Oscarów "Spotlight" oprócz tej najważniejszej statuetki za najlepszy film, zgarnął jeszcze tylko jedną - za najlepszy scenariusz oryginalny.  Brak wyróżnień dla reżysera, aktorów czy kategorii technicznych.  Pierwsza taka sytuacja od ponad sześćdziesięciu lat by film zdobywający najważniejsze wyróżnienie mógł pochwalić się jeszcze tylko jednym Oscarem na swoim koncie.  Nie mając dodatkowych Oscarów, chociażby dla występujących w nim aktorów.  Tylko, że prawdę powiedziawszy nie ma się akurat tym co dziwić.  W tym roku wygrał bowiem nie film, a temat.  Akademia doceniła szlachetne dziennikarstwo, które tak się składa zostało opowiedziane w po prostu dobrym, ale nie wybitnym filmie.  Co wiąże się również z poprawnymi występami aktorskimi.  Jako grupa wszyscy zagrali tutaj bardzo dobrze, ale nikt nie stworzył kreacji wybijającej się ponad przyzwoity standard.  Nawet nominowani w tym roku Mark Ruffalo i Rachel McAdams miewali już znacznie ciekawsze występy.  Z czego nominacja dla Ruffallo pokazuje tylko jak słabo obsadzona w tym roku była ta kategoria. A jego nad ekspresyjna gra wypada zdecydowanie słabiej niż niewielki drugoplanowy występ Stanleya Tucci, czy naprawdę interesujący, inny niż zwykle image Lieva Schreibera.

7/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017