Król życia

Pamiętam jak w trakcie niedawnego Festiwalu Filmowego w Gdyni zastanawiałem się dlaczego wśród filmów rywalizujących w Konkursie Głównym nie ma "Króla życia" z Robertem Więckiewiczem?  Po zapowiedziach zdawało się, że może to być ciekawe i życiowe kino.  Taki lekki komediodramat mówiący o tu i teraz.  Trochę żałowałem, że przez liczne pokazy na festiwalu nie byłem w stanie wybrać się na przedpremierowy pokaz tego filmu powiązany ze spotkaniem z twórcami, jaki równolegle do FFG odbywał się w kinie Helios.  Teraz, już po seansie w pełni rozumiem brak tej produkcji wśród filmów konkursowych.  Napisać, że "Król życia" jest rozczarowaniem to mało.  To produkcja sprawiająca wrażenie nieudanej improwizacji, wariacji na temat, opowiedzianej bez ładu i składu.  Film będący zlepkiem luźnych, idiotycznych scen, prowadzących donikąd, pozbawiony rytmu, pozbawiony punktów zwrotnych, poprowadzony bez jakiegokolwiek wyczucia. 

Całość zaczyna się interesująco i obiecująco.  Główny bohater to podchodzący pod czterdziestkę szczur korporacyjny, mężczyzna sfrustrowany swoją pracą, swoim życiem osobistym i rodzinnym.  Marzy o podwyżce, lepszej żonie, lepszej relacji z rodzicami, marzy o chwili spokoju, lepszym jutrze.  Pewnego razu doznaje silnego urazu głowy, wpada w śpiączkę, a po przebudzeniu, staje się zupełnie innym człowiekiem, całkowicie zmienia swoje nastawienie do życia, ludzi i świata.  Przestaje dbać o pracę, zyskuje czas na spotkania ze znajomymi, z ojcem.  Spogląda na świat jakby przez różowe okulary, ze zgryźliwego wiecznie zabieganego kołnierzyka, stając się radosnym głupkiem.  Jaki z tego wniosek?  Możemy być szczęśliwi ale tylko jeśli postradamy rozum.  Tylko będąc nie w pełna rozumu będziemy w stanie korzystać w pełni z życia.  Inaczej nie ma na to szans.

I tak "Król życia" z ciekawego komediodramatu bardzo szybko przeistacza się w idiotyczną, nudną, luźną opowiastkę, która nie ma żadnego umocowania w teraźniejszości, obecnej rzeczywistości.  To taki kolaż kolejnych przedziwnych scen, nie posiadający zwartej budowy, żadnego tempa.  Do niczego nie dąży, jest nierówny, momentami przesadnie przedłużony (rozmowa w szpitalu, potańcówka z żołnierzami).  Łączy ze sobą najróżniejsze pomysły i sytuacje, nie ważne, że nijak do siebie nie pasują, nie wynikają jedna z drugiej.  Zwidy bohatera typu murzynka na ruchomym bilbordzie, boks na ulicach Warszawy, występ w przebraniu Indianina, przedziwne wstawki jak czarno-biały film niemy, czy sen o tangu.  Znaleźć się tu może wszystko, nie ma żadnych reguł ani klucza.  A przez tą dowolność to co dzieje się na ekranie nijak nie rusza, nie pozostawia po sobie żadnego śladu.  Prócz irytacji i uczucia okrutnie zmarnowanej szansy.

3/10

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

A Ghost Story

mother!

Hity Kity 2017