Detektyw - sezon II / True Detective - season II
Napisać, że druga seria „Detektywa” była rozczarowaniem to mało. Nie sposób wręcz uwierzyć, że jeden z najlepszych debiutów zeszłego roku, do tego produkcja HBO, stacji, która nigdy nie zawodzi jeśli chodzi o seriale, tak znacząco obniżyła poziom. Z ciekawego, nietypowego, świetnie zagranego kryminału, który w interesujący sposób przeplatał kilka planów czasowych, by opowiedzieć historie niezwykle skomplikowanego śledztwa, stała się nieciekawą, nudną, przegadaną sensacją, pozbawioną klimatu, dobrych dialogów, a co najgorsze właściwego śledztwa. Pomysł by z "True Detective" uczynić antologie, a więc serial, który w każdym sezonie opowiada inną historię, nie podobał mi się od samego początku. Siła pierwszej serii w dużej mierze wynikała z fenomenalnych kreacji aktorskich Matthew McConaughey i Woody Harrelsona. Bez nich "True Detective" nie mogło być już tym samym serialem. Jednak żeby tylko główni bohaterowie się zmienili. Zmieniło się tak naprawdę wszystko. Klimat - kilometry betonowych autostrad zastąpiły mroczne mokradła Luizjany. Miejsce akcji i rodzaj śledztwa - zamiast małych miasteczek i rytualnych mordów, otrzymaliśmy wielką skorumpowaną metropolię i bagno personalnych zależności. Zamiast dwóch świetnie uzupełniających się detektywów, mamy czwórkę niedogadujących się policjantów, którzy są niejako zmuszeni do wspólnej pracy. Nawet piosenka z czołówki (która również jest inna, choć utrzymana w podobnym stylu) nie przetrwała do sezonu drugiego - tym razem śpiewa nam Leonard Cohen. Tym samym "True Detective" sezon drugi jest zupełnie innym serialem, i z pierwszą serią nie ma właściwie nic wspólnego.
Największym problemem tej serii jest to, że bardziej skupia się na drugoplanowych wątkach, pobocznym życiu wszystkich postaci, niż na właściwej akcji, śledztwu, które powinno napędzać ten serial. Co gorsza wszyscy w tej serii są nieszczęśliwi, wszyscy mają masę problemów i spaprane życie z którym próbują sobie jakoś poradzić. A my się w tym ich bagnie nieustannie babramy. Nawet nie wiadomo od kogo zacząć. Jest detektyw Velcoro grany całkiem dobrze przez Colina Farella. Rozwodnik, desperacko próbujący utrzymać kontakt ze swoim synem (choć nie wiadomo czy to jego syn), który ma problemy w szkole przez swoją wagę. Detektyw pije, pali, ćpa i ma dosyć swego życia, a szczególnie pewnego uczynku z przeszłości, który go nieustannie nawiedza. Jest detektyw Bezzerides, młoda kobieta, która ma uduchowionego ojca z którym nie utrzymuje kontaktu, siostrę, która zarabia na życie występując nago przed kamerkami i bolesną przeszłość za sobą, pewne wydarzenie z dzieciństwa, które pamięta jak przez mgłę. Jest policjant Paul Woodrugh (drewniany Taylor Kitsch) uwielbiający jeździć na motorze przystojny mężczyzna, chłopiec swojej zapijaczonej matki. Facet oskarżony o molestowanie pewnej znanej aktorki, nie mogący poradzić sobie z określeniem własnej tożsamości. Jest wreszcie dobry gangster Frank, który w wyniku spisku zaczyna tracić swoją pozycję i interes na rzecz kolegów po fachu. Wciela się w niego Vince Vaughn, największa pomyłka castingowa tej serii, aktor komediowy którego na siłę wtłoczono w rolę dramatyczną, i choć napina i stara się jak może, widać jak cierpi wygłaszając kolejne patetyczne przemowy. Jego bohater również miał ciężkie dzieciństwo, o którym w przydługiej przemowie informuje nas już w drugim odcinku. Prócz spraw zawodowych Frank musi poradzić sobie również z problemami osobistymi - on i jego żona od lat starają się o dziecko, i nie mogą zajść w ciąże, czego ona nie jest w stanie przeżyć. A gdzieś w tle tych wielce istotnych rozterek pojawia się zabójstwo pewnego biznesmena.
Wszyscy bohaterowie w drugim sezonie głęboko przeżywają swoje problemy. Wszyscy wygłaszają co rusz podniosłe przemowy. Wszyscy starają się osiągnąć jak największy poziom udręczenia swych postaci. Tak jakby na barkach dźwigali całe nieszczęście tego świata. Bronią się jedynie Farrell i McAdams choć scenariusz co rusz im to utrudnia. Na niekorzyść tej serii działa również przesadne przeludnienie akcji. Czwórka detektywów (o czwartym nie wspominałem, bo jego postać została tak poprowadzona jakby jej w ogóle nie było), kilka postaci pierwszoplanowych i masa bohaterów i nazwisk wymienianych na drugim planie. Nie sposób się w tym odnaleźć, a i wielokrotnie ma się wrażenie, ze i sami twórcy maja problem z zapanowaniem nad tym tłumem. Akcja posuwa się niezwykle wolno, właściwie jedyne co ją napędza to dialogi, a jako, że te są okrutnie napuszone, to serial generalnie stoi w miejscu. Co gorsze nie wykorzystuje nawet możliwości fabularnych, które sam stwarza. Gdy w finale pierwszego odcinka padają bezpośrednie strzały do jednego z głównych bohaterów, ma się nadzieje na szokujący zwrot akcji, który jednak nie następuje. Gdy w finale czwartego odcinka twórcy raczą nas przesadnie przedłużoną strzelaniną na ulicach miasta, ma się nadzieję, ze to wydarzenie wpłynie jakoś na bohaterów, namiesza w ich życiu, relacjach, przyspieszy śledztwo. Jednak zamiast tego twórcy przenoszą w odcinku piątym akcję o dwa miesiące w przód, tym samym na nowo spowalniając rozwój wydarzeń. I tak do samego, nudnego finału w odcinku ósmym, w którym choć trup ściele się gęsto, nic nas to nie rusza, bo bohaterowie są nam obojętni, a akcja nijak nie wciąga. Największe serialowe rozczarowanie od lat.
4/10
Największym problemem tej serii jest to, że bardziej skupia się na drugoplanowych wątkach, pobocznym życiu wszystkich postaci, niż na właściwej akcji, śledztwu, które powinno napędzać ten serial. Co gorsza wszyscy w tej serii są nieszczęśliwi, wszyscy mają masę problemów i spaprane życie z którym próbują sobie jakoś poradzić. A my się w tym ich bagnie nieustannie babramy. Nawet nie wiadomo od kogo zacząć. Jest detektyw Velcoro grany całkiem dobrze przez Colina Farella. Rozwodnik, desperacko próbujący utrzymać kontakt ze swoim synem (choć nie wiadomo czy to jego syn), który ma problemy w szkole przez swoją wagę. Detektyw pije, pali, ćpa i ma dosyć swego życia, a szczególnie pewnego uczynku z przeszłości, który go nieustannie nawiedza. Jest detektyw Bezzerides, młoda kobieta, która ma uduchowionego ojca z którym nie utrzymuje kontaktu, siostrę, która zarabia na życie występując nago przed kamerkami i bolesną przeszłość za sobą, pewne wydarzenie z dzieciństwa, które pamięta jak przez mgłę. Jest policjant Paul Woodrugh (drewniany Taylor Kitsch) uwielbiający jeździć na motorze przystojny mężczyzna, chłopiec swojej zapijaczonej matki. Facet oskarżony o molestowanie pewnej znanej aktorki, nie mogący poradzić sobie z określeniem własnej tożsamości. Jest wreszcie dobry gangster Frank, który w wyniku spisku zaczyna tracić swoją pozycję i interes na rzecz kolegów po fachu. Wciela się w niego Vince Vaughn, największa pomyłka castingowa tej serii, aktor komediowy którego na siłę wtłoczono w rolę dramatyczną, i choć napina i stara się jak może, widać jak cierpi wygłaszając kolejne patetyczne przemowy. Jego bohater również miał ciężkie dzieciństwo, o którym w przydługiej przemowie informuje nas już w drugim odcinku. Prócz spraw zawodowych Frank musi poradzić sobie również z problemami osobistymi - on i jego żona od lat starają się o dziecko, i nie mogą zajść w ciąże, czego ona nie jest w stanie przeżyć. A gdzieś w tle tych wielce istotnych rozterek pojawia się zabójstwo pewnego biznesmena.
Wszyscy bohaterowie w drugim sezonie głęboko przeżywają swoje problemy. Wszyscy wygłaszają co rusz podniosłe przemowy. Wszyscy starają się osiągnąć jak największy poziom udręczenia swych postaci. Tak jakby na barkach dźwigali całe nieszczęście tego świata. Bronią się jedynie Farrell i McAdams choć scenariusz co rusz im to utrudnia. Na niekorzyść tej serii działa również przesadne przeludnienie akcji. Czwórka detektywów (o czwartym nie wspominałem, bo jego postać została tak poprowadzona jakby jej w ogóle nie było), kilka postaci pierwszoplanowych i masa bohaterów i nazwisk wymienianych na drugim planie. Nie sposób się w tym odnaleźć, a i wielokrotnie ma się wrażenie, ze i sami twórcy maja problem z zapanowaniem nad tym tłumem. Akcja posuwa się niezwykle wolno, właściwie jedyne co ją napędza to dialogi, a jako, że te są okrutnie napuszone, to serial generalnie stoi w miejscu. Co gorsze nie wykorzystuje nawet możliwości fabularnych, które sam stwarza. Gdy w finale pierwszego odcinka padają bezpośrednie strzały do jednego z głównych bohaterów, ma się nadzieje na szokujący zwrot akcji, który jednak nie następuje. Gdy w finale czwartego odcinka twórcy raczą nas przesadnie przedłużoną strzelaniną na ulicach miasta, ma się nadzieję, ze to wydarzenie wpłynie jakoś na bohaterów, namiesza w ich życiu, relacjach, przyspieszy śledztwo. Jednak zamiast tego twórcy przenoszą w odcinku piątym akcję o dwa miesiące w przód, tym samym na nowo spowalniając rozwój wydarzeń. I tak do samego, nudnego finału w odcinku ósmym, w którym choć trup ściele się gęsto, nic nas to nie rusza, bo bohaterowie są nam obojętni, a akcja nijak nie wciąga. Największe serialowe rozczarowanie od lat.
4/10
Komentarze
Prześlij komentarz