San Andreas
"San Andreas" jest dokładnie takim filmem jakiego można się było spodziewać po licznych zapowiedziach. To typowe, schematyczne, ale o dziwo całkiem urokliwe kino katastroficzne. W pełni świadome swoich wad, ograniczeń, ale wcale się ich nie wstydzące - wykorzystujące je w formie zalet. Podniosłe, przesadzone, naciągane, spektakularne, niezamierzenie zabawne i jednorazowe. Typowy blockbuster wypełniony po brzegi efektami specjalnymi, w którym choć wali się cały świat, bohaterowie jakimś cudem wychodzą z każdej opresji, zupełnie bez szwanku. Ale ponieważ produkcja ta nie wstydzi się swoich "grzechów" ogląda się ją całkiem przyjemnie.
Oczywiście fabuła "San Andreas" jest pretekstowa. Ledwo kwadrans od napisów początkowych ziemia zatrzęsie się w Nevadzie, później wstrząsy przeniosą się do Los Angeles, San Francisco, wreszcie cały uskok San Andreas tąpnie. Budynki będą się walić, ludzie będą ginąć, a cała ta katastrofa będzie przesadnie spektakularna. Twórcom bowiem nie wystarcza samo trzęsienie ziemi, sam widok rozpadających się budynków. W każdej scenie zniszczenia i zagrożenie mnożą się przez trzy. Najlepszym tego przykładem jest scena z motorówką i tsunami, które już samo w sobie jest śmiertelnym zagrożeniem dla bohaterów, ale twórcy na nim nie poprzestają i stawiają na drodze bohaterów kolejne, gigantyczne przeszkody. Aż do absurdu kreując rozbuchane sceny akcji. To wszystko z tego filmowego fast foodu, czyni danie przesadnie rozbudowane - powiększony hamburger xxl na dodatek z posypką. Sceny zniszczeń są przesadzone, i w swojej wielkości pocieszne. Oczywiście jak w każdym filmie tego gatunku, szalejąca apokalipsa staje się świetną okazją do rodzinnej terapii, leczącej największe rodzinne traumy. Bo przecież małżeńskie problemy najlepiej rozwiązuje się wtedy, gdy dookoła ginie tysiące ludzi, a świat wali się na oczach bohaterów.
Co niezwykłe jednak, mimo wszystkich wad tej produkcji, mimo jej przesady i przewidywalności, naprawdę przyjemnie się ją ogląda. Mimo złych dialogów, schematycznych postaci oraz obowiązkowej, amerykańskiej flagi powiewającej w promieniach zachodzącego słońca. Lekkość i niezobowiązujący charakter ratują ten film. Jak również aktorzy. Przesympatyczny Dwayne Johnson, w którego nieludzkie zdolności ratowania świata wierzy się bez najmniejszych zastrzeżeń. Carla Gugino, której postać służy tutaj za przeciwwagę dla niezwyciężonego głównego bohatera, oraz Paul Giamatti, który fantastycznie czuje się w roli profesora, sejsmologa, który przewidział wszystkie wstrząsy, ale któremu nikt nie wierzy. Całość o dziwo na plus.
6/10
Oczywiście fabuła "San Andreas" jest pretekstowa. Ledwo kwadrans od napisów początkowych ziemia zatrzęsie się w Nevadzie, później wstrząsy przeniosą się do Los Angeles, San Francisco, wreszcie cały uskok San Andreas tąpnie. Budynki będą się walić, ludzie będą ginąć, a cała ta katastrofa będzie przesadnie spektakularna. Twórcom bowiem nie wystarcza samo trzęsienie ziemi, sam widok rozpadających się budynków. W każdej scenie zniszczenia i zagrożenie mnożą się przez trzy. Najlepszym tego przykładem jest scena z motorówką i tsunami, które już samo w sobie jest śmiertelnym zagrożeniem dla bohaterów, ale twórcy na nim nie poprzestają i stawiają na drodze bohaterów kolejne, gigantyczne przeszkody. Aż do absurdu kreując rozbuchane sceny akcji. To wszystko z tego filmowego fast foodu, czyni danie przesadnie rozbudowane - powiększony hamburger xxl na dodatek z posypką. Sceny zniszczeń są przesadzone, i w swojej wielkości pocieszne. Oczywiście jak w każdym filmie tego gatunku, szalejąca apokalipsa staje się świetną okazją do rodzinnej terapii, leczącej największe rodzinne traumy. Bo przecież małżeńskie problemy najlepiej rozwiązuje się wtedy, gdy dookoła ginie tysiące ludzi, a świat wali się na oczach bohaterów.
Co niezwykłe jednak, mimo wszystkich wad tej produkcji, mimo jej przesady i przewidywalności, naprawdę przyjemnie się ją ogląda. Mimo złych dialogów, schematycznych postaci oraz obowiązkowej, amerykańskiej flagi powiewającej w promieniach zachodzącego słońca. Lekkość i niezobowiązujący charakter ratują ten film. Jak również aktorzy. Przesympatyczny Dwayne Johnson, w którego nieludzkie zdolności ratowania świata wierzy się bez najmniejszych zastrzeżeń. Carla Gugino, której postać służy tutaj za przeciwwagę dla niezwyciężonego głównego bohatera, oraz Paul Giamatti, który fantastycznie czuje się w roli profesora, sejsmologa, który przewidział wszystkie wstrząsy, ale któremu nikt nie wierzy. Całość o dziwo na plus.
6/10
Komentarze
Prześlij komentarz